25 kwi 2017

317.The Call. Wezwanie

 
Nastolatkowie. Ludzie, którzy żyją beztrosko. W większości decydują o nich rodzice, a więc sami nie znają jeszcze życia, jego bólu i trosk. W świecie wykreowanym przez Peadar'a O' Guilin'a zaledwie nikły odsetek z nich ma szansę na dożycie wieku dorosłego. Zupełnie niespodziewanie każdy z nich budzi się w przerażającej krainie. Bezwzględni Łowcy wyruszają za nimi w pościg. Jeśli przez cały dzień, podczas gdy u nas mijają zaledwie trzy minuty i cztery sekundy nie da się zabić może wrócić do domu. Co z Nessą, która cierpi na porażenie nóg? Nie może biegać, a jednak kiedyś z całą pewnością zostanie wezwana i będzie musiała przejść swoją próbę. 

Elfy. Współczesna literatura wykreowała je na urocze, magiczne stworzenia w kusych spódniczkach. Autor tej powieści dla nastolatków sięga do dawnych i zapomnianych legend i na ich kanwie osadza tę naprawdę mroczną, a przy tym przede wszystkim dobra powieść. Elfy z The Call. Wezwanie to bezwzględni mordercy, którzy mszczą się na całym ludzkim rodzie. To człowiek odebrał im szansę na podziwianie piękna świata i wepchnął ich do Szaroziemia - nieprzyjaznej i przejmująco smutnej krainy. Jeśli jednak przepowiednie się spełnią będą oni mieli szansę wrócić na ziemię. 

Makabra i mrok. Nie spodziewałam się, że powieść ta wywoła ciarki na mojej skórze. Jest mroczna i makabryczna. Wystarczy wyobrazić sobie, że lud Sidhe to tacy specyficzni rzeźbiarze. Najlepszym materiałem jest dla nich ludzkie ciało. Stworzyli ludzi na podobieństwo koni czy pająków, a autor nie szczędzi nam tutaj dokładnych opisów. Z tego powodu nie polecałabym tej powieści za młodym czytelnikom, a tylko tym o naprawdę mocnych nerwach. 

Wciągająca historia. Praktycznie od pierwszej strony coś się dzieje. Trafiamy do szkoły przetrwania gdzie nastolatkowie uczą się jak przetrwać w Szaroziemiu. Jednocześnie uczniowie walczą miedzy sobą, zakochują się i nienawidzą. Otrzymują nowe Wezwania, a w powietrzu czuć widmo nadciągającej katastrofy. Przez to po prostu nie da się nudzić podczas czytania.

Ciągły niepokój. Autor nie oszczędza bohaterów. Nie są to obdarzeni nadprzyrodzonymi mocami herosi którzy cało wyjdą z każdej opresji. Wielu z nich odniosło poważne i przerażające obrażenia. Nie możemy być pewni, że nasza główna postać - Nessa przetrwa. Podoba mi się pomysł, że został tu przedstawiony ktoś ułomny, zdecydowanie nie idealny, a przez to prawdziwy i szczery. Pytanie tylko czy da sobie radę? 

Podsumowując. Ostatnio czytam mało książek i cieszę się, że mogłam trafić właśnie na nią. To kawał porządnej antyutopii z dobrze wykreowanym światem. Powiewem grozy i niepokoju. Na tyle, że czytając ją w nocy wypatrywałam jakiś małych ludzików pod łóżkiem. Makabryczna i trzymająca w napięciu. 
Ocena: 5+/6
Tytuł: The Call. Wezwanie
Autor: Pedar O' Guilin
Stron: 318
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Rok wydania: 2017
Serdecznie dziękuję za egzemplarz recenzencki tej książki.

18 kwi 2017

Ulubione herbaty po które sięgam podczas czytania

Wielkanoc ( a właściwie patrząc na pogodę za oknem Boże Narodzenie) już za nami. Po raz pierwszy nie złożyłam wam życzeń. Wpadłam w szał pieczenia ciast, siekania sałatek i jakoś obudziłam się dopiero dzisiaj. Synek kompletnie nie dopuszcza mnie teraz do komputera. Żadna przeszkoda nie jest nie do pokonania odkąd nauczył się raczkować, a oczywiście kable są dla niego najciekawsze. Przez święta czytałam niezwykle pasjonującą i ciekawą książkę. Napiszę o niej w piątek. Chciałam dodać recenzję dzisiaj ale oczywiście nie zdążyłam nic nasmarować. 
Dzisiejszy post to absolutnie nie żadna zapchaj dziura. Odkąd zaczęłam celebrować każdą chwilę i wypicie ciepłej herbaty przy dziecku stało się małym sukcesem moja kolekcja napojów ogromnie się rozrosła. Na tyle, że jeśli was zaciekawię wystarczy mi na wiele, wiele takich postów. Kawy nie piję, nie odpowiada mi jej smak. Próbowałam się do niej przyzwyczaić ale jednak nie wyszło.
Po co ostatnio sięgam gdy mam chwilę na czytanie?
1.Tekanne Magic Apple. Typowa owocowa herbata, jabłko z cynamonem. Kupiłam już na święta ale coś mi w niej nie pasowało. Była jakaś za intensywna, za mocna. Okazało się, że wiele zyskuje jeśli pije się ją gorzką. Wtedy jest delikatniejsza, a jednocześnie można w niej wyczuć świeże kwaskowe jabłka z cynamonem. Przez to jednak, że nie mogę jej osłodzić raczej nie kupię ponownie.
2.3.Green Hills. Walentynowa róża, Wiosenne orzeźwienie. Do kupienia w Biedronce. Green Hills ma ostatnio ciekawą akcję. Co miesiąc wypuszczają oni limitowany smak herbaty. Na Walentynki była to oczywiście zielona z różą. Marcowa edycja to zielona z miętą i różnymi ziołami i kwiatami, między innymi nagietkiem. Zieloną herbatę lubię pijam zwykle wtedy gdy chcę się obudzić ( działa zdecydowanie lepiej niż kawa) oraz gdy wiem, że mam jeszcze dużo nauki. Walentynkowa róża jest zdecydowanie cięższa, bardziej aromatyczna, pyszna do wypicia na obudzenie umysłu wieczorem. Marcowe wiosenne orzeźwienie piję rano na pobudzenie. Pięknie pachnie miętą i rzeczywiście ożywia. Teraz koniecznie muszę kupić sobie kwietniową wersję. Podobno z truskawką i melonem. Jeśli was zaciekawiły to są dostępne cały czas w Biedronkach jeśli nie zostały u was wykupione. Ogólnie sądzę, że to świetna akcja promocyjna, niektórzy kupią pewnie przez sam fakt, że co miesiąc jest dostępny inny, limitowany smak.
4.Green Hills. Rozgrzej się. Figa, imbir, suszona śliwka, cynamon. Teraz nie będę kupować już kolejnego opakowania ale skuszę się jesienią lub zimą. Owocowa, dość ciężka, rozgrzewająca. Dobra w zarówno słodzona jak i nie. 
A wy? Lubicie herbaty? A może bardziej kawy? Znacie którąś z z tych? 
Jak celebrujecie chwile?  Jaki jest wasz ulubiony napój do książki?

4 kwi 2017

3 książki na wiosnę

Tak to już jest, że jedne książki bardziej lub mniej pasują nam do konkretnego klimatu i panującej na dworze pogodzie. Niektóre świetnie czyta się pod kocem przy kubku gorącej herbaty, a inne w pierwszym ciepłym powiewie wiatru. Jakie książki polecam wam na tę wiosnę szczególnie? Z czym mi się kojarzą?
Polecam wam nie tylko tę książkę ale każdą jaka wyszła spod pióra mojej ukochanej autorki Lucy Maud Montgomery. Czytałam ją w podstawówce, w domku na dworze. Pamiętam jak razem z tatą najpierw budowaliśmy domek, który miał być tylko mój, miałam tam nawet paprotkę wiszącą na ścianie i okienko. Później mama zagrabiała podwórko, a ja dosłownie przepadłam w całej serii o rudowłosej Anii. Jestem pewna, że gdyby fragment tej książki nie pojawił się w moim szkolnym podręczniku, a ja nie wpadłabym najpierw na pierwszą część, a później resztę serii być może nie byłabym takim zagorzałym molem książkowym. To wtedy zaczęła się moja miłość i pasja do książek, która trwa do dziś. W tym domku całą wiosnę - bo tyle zajęło mi przeczytanie tej serii przeżywałam całe życie Anii, narodziny jej dzieci, ich perypetie. Chciałabym kiedyś przypomnieć sobie te książki jednak boję się, że wtedy magia zniknie.
Autorstwa Michelle Paver. To one wprowadziły mnie w świat magii i fantastyki, a jednocześnie znów ogromnie rozbudzały wyobraźnię. Autorka zabiera nas do Epoki kamienia łupanego. Śledzimy losy Toraka, który staje się bratem dla pewnego wilka. Bardzo mądre i pewnie przyjdzie kiedyś czas, że podrzucę je synkowi.
Jeśli jeszcze nie znacie powieści Pearl S. Buck to absolutnie kiedyś musicie to zmienić. To laureatka Nagrody Nobla, pisała głównie o Chinach. Pamiętam, że jej książki nie należały dla mnie do najłatwiejszych kiedy czytałam je sześć lat temu. Z resztą miałam wtedy tylko 15 lat. Ukryty kwiat opowiada o miłości, różnicach kulturowych. Piękne opisy przyrody, trochę historii, cały wachlarz emocji. Nie było sześć lat miesiąca żebym nie skusiła się na jakąś powieść tej autorki.
Nie zastanawiałam się zbytnio nad tym zestawieniem. Po prostu są to książki, które akurat wiosną czytałam wiele lat temu i z tym okresem mi się kojarzą. Znacie któreś z nich? Czytaliście? A może was skusiłam do zapoznania się? Pojawiły się tutaj linki afiliacyjne. Mam nadzieję, że wam nie przeszkadzają.

31 mar 2017

Podsumowanie marca

Wprost ciężko uwierzyć w to, że kolejny miesiąc już za nami. Działo się jak zwykle wiele, chyba już się do tego przyzwyczaję, że wprost nie mam czasu na nudę. W końcu pogoda zrobiła się wiosenna. Spacerujemy przynajmniej raz dziennie, czasami częściej i czuję jak życie we mnie wraca. Na tyle, że nawet zaczęłam regularne ćwiczenia.
Dzisiejsze podsumowanie będzie naprawdę króciutkie. Piszę je gdy obok mnie malutki leży na brzuszku w swoim samochodziko-macie. Muzyczka gra, a matce ciężko się skupić.
Pod względem czytelniczym było słabiutko. Tylko cztery przeczytane książki. Z czego dwie dziecięce gdzie naprawdę nie było dużo literek :)
Chata
Którą oceniam najlepiej? Zdecydowanie Chatę. Jeszcze podrzucę wam do niej link gdy pojawi się na Czytamwszędzie. Poleciłabym ją w czasie Wielkiego Postu. Zmusza do wielu refleksji. Gniew i świt zapewniło mi mnóstwo porywów serca i emocji.
Mam też dla was kilka pytań. Jak odbierzecie całkowitą zmianę formy recenzji? Ostatnio poproszono mnie o recenzję przekrojową, w formie jakiegoś słowa określającego książkę i uzasadnienia. Spodobało się.
Co wy na to żeby raz na jakiś czas pojawiało się tu zestawienie polecanych przeze mnie książek z linkami afiliacyjnymi?
Jaki był wasz marzec? Jak przygotowania do świąt?

27 mar 2017

316.Gniew i świt

Jest kilka typów książek. Takie, że wasze recenzje mnie zaciekawią, wyrażę chęć ich przeczytania, a później i tak zginą gdzieś w natłoku innych ważnych spraw. Są i takie lektury gdzie zobaczenie okładki, przeczytanie opisu sprawia, że wręcz obsesyjnie zaczynam o niej myśleć. Wiem, że to takie must read - do przeczytania koniecznie. Tak było właśnie z powyższą pozycją. Czy słusznie? A może wielkie oczekiwania okazały się porażką?

Chalid, osiemnastoletni kalif Chorasanu każdego ranka zabija swoje kolejne żony. Jest rządnym krwi potworem, wydaje się, że nie ma serca. Wkrótce jego kolejną ofiarą pada przyjaciółka szesnastoletniej Szahrzad, która przysięga zemstę. Wie, że musi być sprytna. Zamierza co noc opowiadać kalifowi baśnie by w dogodnym dla niej momencie odebrać mu życie. Co jednak gdy okazuje się, że Chalid skrywa wiele tajemnic i nic nie jest tym czym się wydaje.

Ostatnio mało u mnie czasu na czytanie. Dom, dziecko, egzaminy. A jednak coś jest w tej lekturze, jakiś przyciągający magnetyzm, który zmusza do odłożenia wielu spraw na bok i przeczytania chociaż kilku stron. Renee Ahdieh snuje przed nami magiczną baśń. Połączenie Tysiąca i jednej nocy z Piękną i bestią. Klimat Bliskiego Wschodu, otulające ciało i zmysły zapachy, potrawy i krajobrazy sprawiają, że wszystko wydaje się nam możliwe. A miłość pomiędzy piękną, szlachetną i utalentowaną dziewczyną, a potworem o ludzkim sercu czymś na miejscu. Długo biłam się z myślami i zastanawiałam jak ocenić Chalida. Jego postępowania nie da się niczym usprawiedliwić, a jednak świadomość tego, że to tylko fikcja literacka sprawiła, że postać przyciągnęła mnie do siebie. Kusi nas przecież to co tajemnicze i zakazane.

Jeśli chodzi o fabułę tej powieści to jej osią jest tajemnica kalifa Chalida. Zły urok, który na nim spoczywa. Spodobało mi się to, że w książce jest on dojrzałym mężczyzną, z pewnością nie zachowuje się jak osiemnastolatek. Trochę się tego wieku obawiałam, nie lubię gdy bohaterowie są za młodzi, niektóre zachowania im nie pasują, szczególnie w romansach. Tutaj nawet zapomniałam o jego rzeczywistym wieku.

Tak naprawdę przedstawiona historia to tylko preludium do dalszej opowieści. Wiele jeszcze nie zostało wyjaśnione. Pełno tutaj magii, klątw, tajemnic, intryg, a jednak nie powiedziałabym, że to trzymająca w napięciu powieść. Przynajmniej gdyby patrzeć na szybkość akcji i wydarzeń. Ona przyspiesza bicie naszych serc z innego powodu. To historia porywającej i zakazanej miłości. Zdrada własnych przekonań i wartości w imię krótkotrwałego szczęścia u boku ukochanego mężczyzny. Namiętność budząca grozę, rozpalające zmysły przywiązanie do drugiego człowieka, którego inni uważają za odrażającego potwora. Czy w tym ohydnym ciele bije ludzkie serce?
Ocena:5/6
Tytuł: 316.Gniew i świt
Autor: Renee Ahdieh
Stron: 461
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2017
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Filia

21 mar 2017

315.Nie chcę być duży

Kolejną lekturą, którą wybrałam do recenzji od wydawnictwa Adamada jest dość duża książka. Ma ona nietypowy rozmiar, który od razu zachęca nas do wygodnego rozłożenia się na brzuszku i wspólnego czytania oraz śledzenia tego co dzieje się na ilustracjach. A jest co oglądać.

Duże, kolorowe obrazki były moim głównym kryterium przy wyborze. Dziecko w wieku siedmiu miesięcy nie skupi się jeszcze przecież na samej historii. Dla niego najbardziej atrakcyjne są oglądane zwierzątka. Śledzimy tutaj mozolne próby mamy Kangurzycy nauczenia swojego dziecka samodzielności i spróbowania wyjścia z wygodnej maminej torby. Wędrujemy razem z nimi, oglądamy wesoło bawiące się zwierzątka, podziwiamy piękno otaczającej nas przyrody. Takie książeczki uczą dzieci wrażliwości, obserwacji. Żywe i intensywne kolory, roześmiane kangury, małpki i słoniki przyciągają wzrok dziecka. 

W tej historii drzemie też ogromny potencjał, który został w pełni wykorzystany. Niesie ona przez to ze sobą mnóstwo wartości, pokazuje jaki świat jest piękny. Absolutnie nie należy się go bać i drżeć ze strachu siedząc wciąż w maminej torbie, ponieważ wtedy po prostu wiele nam umyka. Pokazuje jak ważną sprawą w życiu małego człowieka jest samodzielność. Widzę to po swoim synku, który nieporadnie i na razie do tyłu próbuje dostać się do ulubionej zabawki. Jaką satysfakcję wywołuje fakt, że coś uda się samemu zrobić.

To chyba też mądra książka dla mam, które chciałyby wszystko przeżyć za swoje dzieci. Oczywiście należy się o nich troszczyć i martwić. Sedno tkwi jednak w tym aby wspólnie oglądać i poznawać świat, a nie przysłaniać swoją nadopiekuńczością cały krajobraz.
Ocena:5/6
Tytuł: 315.Nie chcę być duży
Autor: Guido von Genechten
Stron: 32
Wydawnictwo: Adamada
Rok wydania: 2016
Dziękuję Wydawnictwu Adamada

10 mar 2017

314.Wszyscy ziewają

Na rynku jest obecnie całe mnóstwo książek dla dzieci. Z obrazkami do oglądania, bajkami do słuchania. Otwierane, rozkładane. Mój synuś od pewnego czasu zaczął przejawiać zainteresowanie ilustracjami w książeczkach, a więc przy wyborze kierowałam się obecnością jakiś ładnych i kolorowych zwierzątek.
Mój wzrok od razu padł na ,,Wszyscy ziewają”. Książeczka jest dedykowana dzieciom w każdym wieku. Jak możemy przeczytać na okładce jest ona polecana do czytania przed snem. Razem z synkiem musimy przyznać, że jej wybór był strzałem w dziesiątkę i będzie ona często użytkowana.
Pierwszym plusem są przede wszystkim duże i kolorowe ilustracje zwierząt. Mamy świnkę, króliczka, hipopotama. Wszyscy ziewają, a my możemy otworzyć ich buzie. Zajrzeć do środka, zobaczyć jakie mają języczki czy ząbki. Świetna sprawa. Dziecko z chęcią otwiera i zamyka kartoniki, jest zaintrygowane. 
Książka jest solidnie wykonana. Ma twardą oprawę, a jednak nie jest ciężka. W sam raz dla małych rączek. Co mnie bardzo ucieszyło ma też zaokrąglone rogi. Wcześniej pewnie nie zwróciłabym na to uwagi. Teraz gdy jestem mamą małego kręciołka nie mogącego poleżeć chwilę w miejscu tylko turlającego się dalej to naprawdę ważna sprawa. Okienka są dobrze przymocowane. Nic się tutaj nie popsuje ani nie odklei. Najbardziej podoba nam się chyba ostatnia rozkładana strona. Jest bardzo szeroka, są na niej wszystkie postacie z książeczki. Jest co oglądać.
Jak to jest z tym zasypianiem? Mój synuś jeszcze przy niej nie zasypia jednak na niego działa tylko wylegiwanie się przy piersi. Czytanie historyjki o zwierzętach i zasypianiu, oglądanie ilustracji, otwieranie okienek sprawia, że nawet mój wiercioszek się wycisza, uspokaja. Jest przygotowany do zasypiania. Z pewnością będziemy szukać więcej książeczek tego typu gdzie można coś otworzyć, pociągnąć. Z takich lektur jest największa frajda, a i rodzic świetnie się przy nich bawi.
Tytuł: Wszyscy ziewają
Autor: Anita Bijsterbosch
Stron: 
Wydawnictwo: Adamada
Rok wydania: 2016

6 mar 2017

313.Obudź się, Kopciuszku

Kolejna lektura jaką wybrałam sobie do recenzji od księgarni Bookmaster. Okazuje się, że to strzał w dziesiątkę.

Alicja to samotna, młoda lekarka. Właściwie nie posiada innego życia niż praca. Spędza w niej każde Boże Narodzenie czy Nowy Rok, bierze każdy niechciany dyżur. Boi się otworzyć na ludzi. Ma kilkoro przyjaciół którzy praktycznie siłą zabierają ją na Sylwestra do Zakopanego. Tam zupełnie niespodziewanie poznaje przystojnego ratownika TOPR. Czy Kopciuszek obudzi się ze snu?

Książki obyczajowe to chyba najczęściej wybierany przeze mnie gatunek. Ta mnie po prostu urzekła, zachwyciła swoją prostotą, wywołała mnóstwo emocji. Sprawiła, że zaczęłam wiele myśleć nad moją życiową drogą. Wiem, że chcę więcej takich lektur. Najmocniejszy atut tej powieści to jej klimat. Większość akcji toczy się w Zakopanem. Autorka raczy nas działającymi na wyobraźnię i magicznymi opisami krajobrazów. Piękne ośnieżone szczyty, skrzące się w mrozie oszronione drzewa. Widoki idealnie pasujące do współczesnej baśni o Kopciuszku i Śpiącej Królewnie w jednym.

Historia pokazuje prawdziwą siłę miłości. Uczucia, które nie zdarza się często. Sprawia, że nasze całe życie się zmienia, a wszelkie kłopoty przestają mieć znaczenie gdy ta druga osoba jest obok. Nie jest przy tym płytka, a chociaż to taka baśń osadzona w czasach współczesnych nie jest dziecinna czy naiwna. Przypomina o tym, że chociaż w dzisiejszych czasach mogłoby się wydawać inaczej kariera to jednak sprawa podrzędna. Zdrowie, znalezienie drugiej połówki, założenie kochającej się rodziny. Losy Alicji były mi ogromnie bliskie- też chciałam zostać lekarzem. Wybrałam jednak rodzinę. Książka zmusiła mnie do refleksji czy jestem zadowolona z obrania takiej, a nie innej drogi. Uświadomiła, że szczęście zawsze wymaga zrezygnowania z czegoś, dokonania pewnego wyboru.

Alicja i Michał to postacie których nie da się nie polubić. Ona niezwykle zagubiona i wyobcowana. Straciła tak naprawdę oboje rodziców, nie ma żadnych bliskich. Tylko przyjaciół, których także stara się traktować na dystans.  Aby o tym nie myśleć ucieka w swoją odpowiedzialną pracę. Któż z nas nie zna takich osób? Michał to góral z krwi i kości. Przystojny, nie boi się ryzyka i niebezpieczeństwa. Która czytelniczka nie będzie nim zauroczona?

Podsumowując, to opowieść z rodzaju tak porywających, że mam ochotę rzucić wszystko, wyjechać do Zakopanego, usiąść z kubkiem herbaty i tam przeczytać ją jeszcze raz. Opowieść o miłości gwałtownej jak góralski charakter czy halny wiatr. Wyborze życiowej drogi, a wszystko to osadzone w cudownych krajobrazach. Mocno wam ją polecam.
Ocena: 5+/6
Stron: 320
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Rok wydania: 2016

27 lut 2017

Podsumowanie lutego

Luty. Najkrótszy miesiąc w roku, który jednak spędziłam intensywnie najmocniej jak to tylko możliwe. Nie myślę tutaj nawet o tym, że zdążyłam być kilka razy chora. Ciężko mi wyobrazić sobie, że jeszcze parę lat temu zdarzało mi się narzekać na nudę.
Trochę spacerowałam. Zwłaszcza, że pogoda teraz robi się już delikatnie wiosenna. Mam nadzieję, że śnieg i siarczyste mrozy są już za nami. Uczyłam się na egzamin z fizjologii zwierząt, z sukcesem. Przede mną jeszcze fizjologia roślin, ekologia, immunologia i bieżące kolokwia. No cóż. Do tego w lutym miałam zjazdy w praktycznie każdy weekend. 
Tylko jeden aspekt mojego życia w lutym podupadł całkowicie. Dieta i treningi. Jak tutaj wytrzymać bez słodkości gdy Biedronka organizuje miesiąc francuski, a w nim takie rogaliki z nadzieniem czekoladowym? No jak? Kupiłam jednego i przepadłam. Później wpadły jeszcze  z nadzieniem morelowym i malinowym. Dobre. Tego czekoladowego jednak nie są w stanie pobić. Takie rogaliki to też ciekawy obiekt zdjęć. Będą się przewijać w zdjęciach z recenzjami. Na szczęście promocja się skończyła. Mam nadzieję, że te pyszności nie weszły do stałej oferty. W marcu obiecuję już poprawę.
Jak zwykle odbiegłam od tematu. W sprawach blogowych tak jak zakładałam na początku roku. Gdy tylko mam czas wtedy piszę na zapas ile tylko mogę. To podsumowanie jest moim drugim postem napisanym dzisiaj i będzie opublikowane jak zwykle - automatycznie. Czytam też więcej - 5 książek. Tyle samo co w styczniu. Wśród przeczytanych lektur jedna niezwykle mądra i zmuszająca do refleksji. Pokażę wam ją w najbliższym stosie. Jak wyglądał wasz luty? 

24 lut 2017

Selfie Project

Jakiś czas temu dostałam propozycję przetestowania produktów marki Selfie Project. Jest to całkiem niedawno powstała marka, skierowana głównie dla młodej cery. Selfie Project to kosmetyki stworzone przez specjalistów dla wyjątkowo wymagającej młodej cery. Stop niedoskonałościom, wypryskom, zaskórnikom. Profesjonalne preparaty pozwolą o nich zapomnieć.. Stop błyszczeniu się. Koniec nieustannego myślenia o skórze!
Otrzymałam płyn micelarny i matujący puder antybakteryjny.
Płyn micelarny jest zamknięty w zgrabnej, przezroczystej butelce. Wiemy ile kosmetyku nam jeszcze pozostało. Jest wytrzymała, praktycznie już wykorzystałam cały płyn, a wszystko jest tak jak na początku.

Płynu używałam do codziennego odświeżenia twarzy, przemycia cery po użyciu mleczka do demakijażu. Pierwsze co od razu zauważyłam to zdumiewający zapach. Jeśli ktoś nie lubi kosmetyków do pielęgnacji, które pachną to pewnie nie przypadnie mi do gustu. Mi się bardzo podoba. Jest delikatnie kwiatowy, świeży, wyczuwam też trochę aloesu. Nie pogniewałabym się gdyby gdzieś na rynku były takie perfumy.

#Jakie naturalne i botaniczne składniki aktywne znajdują się w płynie micelarnym Selfie Project?
Cynk PCA i Panthenol wspólnie przeciwdziałają niedoskonałościom. Cynk PCA zmniejsza produkcję sebum i hamuje wzrost bakterii odpowiedzialnych za trądzik. Panthenol działa nawilżająco i łagodzi podrażnienia.

Aloe Juice naturalny sok z aloesu ma właściwości przeciwzapalne i kojące podrażnioną skórę. Intensywnie nawilża, wspomaga gojenie niedoskonałości.


Jeśli chodzi o działanie to kosmetyk świetnie oczyszcza skórę, po użyciu mleczka i tego płynu na waciku już nic nie zostaje. Skóra pozostaje czysta, odświeżona i nawilżona. Po prostu świeża. Nie odnotowałam też żadnego negatywnego wpływu na moją skórę, nie zapchał, ani nie uczulił. Piękny zapach sprawił, że jego używanie było prawdziwą przyjemnością. No może jeden raz nie. Na opakowaniu nie pisze nic, że można używać go do demakijażu oczu. Z szybkości kiedyś to zrobiłam i to były jedne z najbardziej piekących i bolesnych chwil w moim życiu. Także lepiej nie eksperymentować. Jeśli coś nie jest to tego przeznaczone to nie kombinować.
Kosztuje 11,90 zł w każdym Rossmannie.

Selfie Project Matujący puder antybakteryjny
#4EverMatt
Matujący puder antybakteryjny #4everMatt maskuje niedoskonałości i nadaje skórze matowy, naturalny wygląd. To kombinacja substancji pochłaniających i wiążących sebum ze składnikami antybakteryjnymi, które zapobiegają namnażaniu się szkodliwych mikroorganizmów, oraz specjalnych pigmentów maskujących, wygładzających i wyrównujących koloryt skóry. Ultradrobno zmielony i sprasowany puder jest łatwy w aplikacji, skutecznie matuje na kilka godzin, daje efekt naturalnie zdrowej, świeżej skóry. Innowacja! Zawarte w Matującym pudrze antybakteryjnym #4EverMatt upiększające FotoCzułe Pigmenty to specjalne cząsteczki zapewniające skórze wizualny, optyczny efekt Glamour: gładszej, wyrównanej, piękniejszej cery, gotowej na selfie. Puder zawiera również antybakteryjny i gojący Cynk, antyoksydacyjną Witaminę E oraz wyciąg z Green Bamboo, który reguluje nadmierną aktywność gruczołów łojowych i działa na skórę matująco. Odcień naturalny.

Jeśli chodzi o puder matujący to także używam go każdego dnia. Najczęściej jest to ten marki Isana. Niektórzy lubią taki zdrowy błysk, a ja wprost przeciwnie. Uznaję tylko płaski mat. Nie lubię żadnego błyszczenia się mojej twarzy. Używałam go dwa razy dziennie. Po raz pierwszy rano aby wykończyć mój makijaż, później w ciągu dnia. Wystarczyła mi tylko jedna poprawka, gdybym się uparła nie musiałabym robić tego wcale. Puder robi to co ma robić - matuje. Nie sprawia, że na twarzy robią się plamy, ponieważ ma bardzo naturalny i neutralny kolor. Kosztuje on 12,99 czyli naprawdę niedużo. Po ponad miesięcznym używaniu jeszcze pewnie długo nie będzie widać dna.
Czy polecam? Zdecydowanie. To produkty na każdą kieszeń, łatwo dostępne. Robią to co mają robić. Nie odnotowałam jakiegoś ogromnego działania pielęgnującego moją cerę jednak w moim przypadku wszelkie niedoskonałości to albo wynik alergii, albo nerwów i rozdrapywania nierówności na twarzy. Najczęściej to wszystko się kumuluje. 
Czy kupię kolejne opakowania? Nad płynem się jeszcze zastanowię. Lubię gdy zmywa on jeszcze makijaż oka. Może jednak przekona mnie ten piękny zapach. Jednak jeśli chodzi o puder to kolejne opakowanie wpadnie do koszyka w Rossmannie od razu po wyczerpaniu tego. Dobry produkt w niskiej cenie.

Mam nadzieję, że post wam się podobał. Oczywiście, nie zacznę teraz pisać samych recenzji kosmetyków. To w dalszym ciągu blog książkowy. Myślę jednak, że to takie moje miejsce w sieci, a więc będą pojawiać się posty o wszystkim co mnie tylko w jakikolwiek sposób interesuje.

21 lut 2017

Zrób prezent swoim książkom

Jeśli odwiedzasz mojego bloga to w większym lub mniejszym stopniu jesteś molem książkowym, osobą uzależnioną od książek. Taką co to je wącha, kartkuje, przegląda ze wszystkich stron i generalnie bez czytanie nie wyobraża sobie życia. A gdyby tak tym uwielbianym przez ciebie przedmiotom zrobić niespodziewany prezent? W postaci pięknej zakładki magnetycznej na której są reprodukcje obrazów współczesnych malarzy. 



 DESA Modern przygotowała wyjątkową kolekcję magnetycznych zakładek do książek. Każda z nich prezentuje obraz jednego z najlepszych polskich artystów współczesnych.
Do współpracy zaproszono twórców, których prace były wielokrotnie doceniane w kraju i za granicą. Edward Dwurnik jest znany przede wszystkim z wyjątkowych wedut — cyklu „Podróże autostopem”, w którym maluje miasta z lotu ptaka. Plakaty i ilustracje Rafała Olbińskiego regularnie ukazują się na łamach takich magazynów jak „New York Times”, „New Yorker” czy „Time”. Jerzy Nowosielski jest jednym z najwybitniejszych współczesnych twórców ikon i autorem charakterystycznych aktów. Tutaj znajdziecie ofertę.


Lubię zakładki, raczej nie zdarza mi się używać luźnych kartek. Zawsze jest to zakładka, nigdy jednak nie miałam tak pięknej. Moja jest wzorowana na pracy Rafała Olbińskiego ,,Trzeci wymiar czasu". Kolory, które się na niej znajdują mają w sobie coś magicznego i magnetyzującego. Ostatnio zamiast czytać zdarza mi się wpatrywać w ten piękny obraz. Zakładka jest solidnie wykonana, posłuży nam na dłuższy czas. Nie niszczy książki, nie jest gruba, nie wylatuje nawet podczas noszenia książki luźno w torebce. To z pewnością miły prezent. Jeśli nie dla ulubionej książki to dla ukochanej osoby.
Dziękuję Bussiness & Culture za tę niezwykłą Walentynkę :)

17 lut 2017

312.Sezon na cuda

We współczesnym świecie każdy kolejny dzień to ciągła gonitwa za władzą, pieniędzmi, szczupłą sylwetką, szczęściem. A może warto się zatrzymać? Zanurzyć się w miękkim fotelu z kubkiem ulubionego napoju z książką, która jest niesamowicie ciepła i pozytywna. Która ma zdolność oblewania duszy i serca ciepłym, lepkim i miodowym optymizmem.

Majka już zadomowiła się w miasteczku Malownicze. Prowadzi mały pensjonat - Uroczysko, pracuje w szkole i przygotowuje swoją rozbrykaną klasę do matury, a jednocześnie chciałaby wielu osobom pomóc. Tak naprawdę niektórzy nawet nie chcą jej wyciągniętej dłoni ale Majka już taka jest - chciałaby zbawić cały świat. Czy jej się uda? A może zrobi to z udziałem pewnego sympatycznego anioła który ponoć co kilka lat pojawia się w miasteczku?

Co tu dużo mówić. Ja po prostu ogromnie lubię i sobie cenię prozę tej autorki. To jedna z najciekawszych postaci na naszym polskim pisarskim firmamencie jeśli chodzi o powieści obyczajowe. Ma ona dar do pisania niezwykle zabawnych, kojących duszę i serce powieści które otulają i oczarowują swoim ciepłem. Trochę w nich magii, przesądów, a przede wszystkim zwykłe ludzka życzliwość która potrafi czynić cuda. Sprawia, że nawet najbardziej zatwardziałe serca otwierają się na świat.

Występuje tutaj uwielbiany przeze mnie motyw - małe górskie miasteczko gdzieś w Sudetach. Gdzie śnieg potrafi zasypać całe drzwi, a ludzie znają się nawzajem i interesują absolutnie każdym sąsiadem. Lubię takie małe, zamknięte społeczności. Sama z podobnej pochodzę, panuje w nich ten specyficzny, swojski klimat.

,,Sezon na cuda" to historia o zwyczajnym życiu jakie uczestnikami jesteśmy codziennie. Ktoś ma problemy w pracy, inni cierpią z powodu błędów młodości. Zbliża się Boże Narodzenie, spada puchaty śnieg. Czas zmian, odkupienia i wybaczenia sobie nawzajem win.

Główna bohaterka - Majka to idealistka aż do bólu. Coś mi jednak w tej postaci nie grało. Można być dobrym dla świata ale ta dziewczyna chciała rozwiązać problemy absolutnie każdego. Za idealnie, a przez to nawet trochę naiwnie i nieprawdopodobnie. Zgrzytało mi to jej zachowanie przez całą lekturę przez co niestety nie ocenię jej maksymalnie. 

Czyta się ją lekko i szybko jak zwykle w takich historiach tego typu. To ciepła, optymistyczna opowieść. Może czasami nawet trochę naiwna ale zdarzają się w życiu takie chwile, że taka powieść działa na zranioną duszę jak opatrunek i jest w stanie przynieść jej ukojenie.
Ocena: 4/6
Tytuł: 312.Sezon na cuda
Autor: Magdalena Kordel
Stron: 393
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak

6 lut 2017

311.Pax

Czym jest prawdziwa przyjaźń? Występuje jeszcze w naszych czasach pełnych interaktywnych i cyfrowych znajomości? A może to tylko wymysł literatury? Po przeczytaniu tej niesamowitej historii w głowie kłębi mi się jeszcze wiele pytań tego typu.

Pax to opowieść o chłopcu i jego oswojonym lisie. Czasy są ciężkie, nieuchronnie zbliża się wojna, Peter musi wyprowadzić się do dziadka i nie może zabrać ze sobą dzikiego zwierzęcia. Ale przecież prawdziwi przyjaciele są ze sobą na dobre i na złe. 

Gdy tylko miałam możliwość wybrania sobie jakiejś książki z księgarni internetowej Bookmaster od razu pomyślałam o Pax. Czytałam całe mnóstwo opinii i porównań do Małego Księcia. Rzeczywiście mają one ze sobą coś wspólnego. Między innymi to, że obie zostały utrzymane w klimacie baśni, wszechobecnej magii, są to również lektury zarówno dla młodszych jak i dorosłych. To ci drudzy więcej z niej zrozumieją i wyciągną odpowiednie wnioski. Myślę jednak, że w Małym Księciu jest więcej alegorii, domysłów. Możemy niektóre sprawy i prawdy dowolnie interpretować. W Pax wszystko zostało bardziej wyłożone kawa na ławę. Nie myślcie jednak, że straciła ona przez to swój magiczny klimat tajemniczości i urok.

Ta historia to taki pomnik który autorka postawiła przyjaźni. Szczerej i bezinteresownej. Gdzie jej członkowie nie wyobrażają sobie bez siebie życia i są w stanie skoczyć za sobą w ogień. Z punktu widzenia lisów obserwujemy też czym jest człowieczeństwo. U zwierząt wszystko jest niezwykle proste i wyraźne. Nie pozwalają sobie na zdrady i kłamstwa. My żyjemy w ciągłym fałszu, chcemy posiąść jak największą władzę, wybuchają wojny gdzie giną nie tylko ludzie. Zostają przecież zniszczone ogromne połacie ziemi gdzie przecież przebywało całe mnóstwo żywych istot. Myślę, że wiele osób nigdy się nad czymś takim nie zastanawiało.

Pax to też trzy niezwykłe postacie. Peter - chłopak, który do tej pory żył w błogiej nieświadomości. Nie wiedział co to wojna, zajmował się swoim lisem i chodzeniem do szkoły. Lis Pax, przedstawiciel gatunku raczej nie lubianego przez człowieka. I wreszcie Vola. Charakterna, dziarska staruszka, która nie umie poradzić sobie ze swoimi demonami i klnie jak szewc. Książkę czyta się naprawdę szybciutko, umilają nam to piękne ilustracje Jon'a Klassen.

Podsumowując, to naprawdę niezwykła opowieść o przyjaźni. Klimatyczna, nastrojowa, zmuszająca do refleksji. O wojnie, przyrodzie i ludziach. Relacjach pomiędzy nimi panujących.
Ocena: 5/6

Tytuł: 311.Pax
Stron: 291
Wydawnictwo: IUVI
Rok wydania: 2016

Możecie kupić tutaj :)

31 sty 2017

Podsumowanie stycznia

Mijają te dni jak szalone. Przeraża mnie to ogromnie, ani się nie obejrzę, a kolejny dzień za mną. Styczeń był bardzo intensywny, a luty zapowiada się jeszcze gorzej ponieważ będę chodzić teraz na studia co tydzień, piątek, sobota, niedziela. Pewnie po 12 godzin dziennie. Do tego cztery egzaminy do których myślę dobrze się przygotować. Dziecko, które coraz mniej śpi, wymaga więcej czasu i uwagi. Chciałabym też w końcu zgubić mój ciążowy brzuszek, zaczęłam ćwiczyć. Gdyby nie prowadzenie Bullet Journal, o którym już wam kiedyś pisałam mam mam wrażenie, że mój dzień całkowicie by się posypał. Nie pogniewałabym się gdyby moja doba miała jeszcze z 40 godzin więcej. Wtedy może ze wszystkim bym zdążyła. Może...

Jeśli chodzi o podsumowanie czytelniczo-blogowe to jest bardzo dobrze. Zaczęłam pisać posty na zapas. Chyba zauważyliście, że w styczniu było mnie tutaj dużo więcej. Przeczytałam 5 książek, z czego cztery praktycznie w jednym tygodniu. Na luty mam książkę Magdaleny Kordel, Caraval, pewnie wpadnie też jakaś obyczajówka. Zapowiada się ciekawie, będę jeździć na studia autobusem, teraz wcześniej robi się widno, z pewnością będę umilać drogę czytaniem. Jak wasz styczeń?

25 sty 2017

Zimowi ulubieńcy


Zima w pełni i z pewnością pobędzie z nami jeszcze trochę czasu. Po raz pierwszy od trzech lat mamy dużo śniegu, który długo się utrzymuje, mróz. Raczej nie przepadam za taką pogodą więc praktycznie od miesiąca mam ciągle katar i niewesoły humor. Jak z tym walczę? Co choć na chwilę sprawia, że jednak te mroźne miesiące są do przeżycia? Kolejność zupełnie przypadkowa.

1. Smoothie do którego w końcu się przekonałam. Dopóki nie miałam blendera, który miałby naprawdę dużo mocy zupełnie nie rozumiałam tego fenomenu. Na te święta zażyczyłam sobie od męża ten z Boscha. On nie tyle mieli co ubija to wszystko. Miałam już trochę wpadek i nieudanych połączeń. Te sprawdzone to przede wszystkim banan+borówka amerykańska+napój owsiany (w zastępstwie mleka), banan+jabłko+sok z cytryny, banan+mango+sok z cytryny+ napój owsiany. Po wypiciu takiego napoju moje zachcianki na słodkie znikają.

2.Samplery Bridgewater Candle.

Szukałam czegoś co mogę palić przy dziecku. Te są sojowe, a więc bezpieczne i do tego wypalają się absolutnie do ostatniej kropli i pięknie pachną.

3.Kwiaty w pokoju. Od zawsze uważałam, że chociaż jedna roślinka w pokoju potrafi zrobić świetny nastrój i wprowadzić atmosferę takiej przytulności. Ostatnio praktycznie zasypałam się kwiatami. Na ławie stoi jeszcze ogromny Amarylis, na parapecie jeszcze jeden storczyk. Kolorowe płatki, ciekawa doniczka i jest idealnie. 

4.Kolorowe pomadki i pięknie pachnący krem do rąk. Mocne i kolorowe usta noszę już od kilku lat. Czystki w kosmetykach spowodowały, że zostałam z dwiema pomadkami, a więc koniecznie musiałam coś dokupić (no nie musiałam, miałam tylko pretekst). Wiedziałam, że będę polować na coś z Golden Rose, wybór padł na niezwykle klasyczną czerwień i burgund. Pierwsza to mój sprawdzony kolor, do tej drugiej z miejsca się przekonałam. Jest bardzo ciemna, odrobinę mroczna. Nie maluję jednak oczu codziennie, a więc przy tylko jednym wyrazistym elemencie makijażu daje radę. Wychodzę w niej do ludzi, a więc to tłumaczy wszystko. Polubiłam się nawet w takim mroczniejszym wydaniu co widać po zużyciu.

Jeśli chodzi o ten krem do rąk to jest to wersja wygładzająca z Kolastyny o pięknym, perfumowanym zapachu. O dłonie dbałam zawsze, gdy zaczęłam malować paznokcie hybrydą jakoś nawet bardziej, a one i tak są w opłakanym stanie. Ten krem trochę łagodzi świąd i podrażnienia, problem nie minie jednak póki nie zmienię płynu do mycia naczyń. Mowa ty o popularnym Fairy, robi spustoszenie na skórze, a jeśli ktoś nie umie zmywać w rękawiczkach i nie posiada zmywarki wyjścia czasami nie ma. Mama i ciocia też skarżą się na ekstremalnie zniszczone dłonie.
5.Pielęgnacja twarzy bez użycia wody
Strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o mój tłusty i trądzikowy typ cery. Ostatnio w Skarbie przeczytałam jak prawidłowo używać mleczka do twarzy. Najpierw trzeba je rozgrzać w dłoniach, wmasować w twarz, wytrzeć wacikami. Później płyn micelarny, tonik, krem. Przy takiej pielęgnacji moja skóra poprawiła swój koloryt, jest nawilżona. Gdybym czegoś nieodpowiedniego nie zjadła nie było by też na niej żadnych niespodzianek :)
Co was dzisiaj zaciekawiło?

21 sty 2017

310.Miś Uszatek

Miś Uszatek to już postać kultowa. Znają ją dzieci i dorośli, obecnie też cieszy się sporym uznaniem wśród najmłodszych widzów i czytelników. Co sprawia, że ten miś jest tak słynny i popularny?

Miałam wraz z moim synkiem dzięki księgarni internetowej Bookmaster okazję zapoznać się z najnowszym wydaniem opublikowanym przez Naszą Księgarnię. Zostały tutaj zebrane najpopularniejsze książki o przyjaznym Misiu Uszatku co klapnięte uszko ma. Od jego najwcześniejszych przygód aż po czas kiedy jego ludzcy przyjaciele poszli do przedszkola.

Wydawnictwo już po raz kolejny udowodniło, że po prostu zna się na publikacjach dla najmłodszych i nie ma w tej dziedzinie sobie równych. Wydanie zachwyca. Jest w twardej oprawie, z grubymi kartkami, porządnie wykonane. Doskonale spisze się jako prezent, a jednocześnie dzięki swej solidności będzie towarzyszyć dziecku wiele lat. Ilustracje Zbigniewa Rychlickiego znakomicie się tutaj prezentują, uatrakcyjniają odbiór książki i będą przyczyną wielogodzinnego przeglądania opowiadań.

Co do samych historii to muszę się przyznać, że Misia Uszatka znałam wcześniej tylko i wyłącznie z bajki, która była wyświetlana na dobranoc. Historyjki są króciutkie, czasami to zaledwie dwie strony. Dzięki temu z pewnością nie znudzą i będą się podobać. To co wzbudza moją sympatię to fakt, że dotyczą codziennego życia, traktują o polskich tradycjach i obyczajach. Przemycają też dobre wartości takie jak grzeczność, umiejętność odpowiedniego zachowania się w określonych sytuacjach czy życzliwość.

Podsumowując, to kolejna bajka przy której mój maluszek się wycisza i uspokaja. Jeszcze wiele lat będziemy ją przeglądać i wspólnie czytać bajeczki o Misiu z klapniętym uszkiem.
Ocena: 6/6

Tytuł: 310. Miś Uszatek
Stron: 240
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2016

18 sty 2017

309.Gloria

Obecna sytuacja polityczna na świecie nie zapowiada niczego dobrego. Konflikty, które pojawiają się coraz bliżej granic Polski. Szerzący się terroryzm, coraz częstsze ataki gdzie giną dziesiątki osób. Autorka tej powieści posunęła się jeszcze dalej. 

Przenosi nas do roku 2025. Unia Europejska jest tylko wspomnieniem. Polska jest oddzielona od Rosji pasem spalonej ziemi- Ukrainą. Mała Gloria musi przenieść się do ciotki do Francji by za 10 lat poznać przystojnego Asłana Zuradowa i wrócić do kraju. W tym samym czasie na odległej planecie Trion, Trojlo Oril zostaje poinformowany o swojej karze. Ma zamieszkać na Ziemi, a co najważniejsze posługiwać się wyłącznie pokojowymi metodami. Jak sobie poradzi? Kim są Sprawiedliwi i jakie zadanie ma do wykonania Gloria?

Miałam związanych z tą książką wiele obaw. Z jednej strony ogromnie lubię wszelkie dystopie i fantastykę. Z drugiej w książce zostało połączone dość dużo wątków. Zniszczone państwa, hulający w nich terroryzm, a tu jeszcze obcy, który zostaje zesłany na Ziemię w celu odbycia kary. Czy autorka za bardzo nie popłynęła? Okazuje się, że w tym szaleństwie jest metoda i stworzyła naprawdę ciekawą mieszankę. Jeszcze wiele można by stylistycznie dopracować, podkręcić tempo akcji jednak spędziłam z nią wiele udanych chwil.

Podoba m się jej temat, nawiązuje do współczesnych nam wydarzeń i przez to w czytelniku zostaje zasiane ziarno niepokoju. Do czego doprowadzi nas agresywna polityka rosyjska i rozlew terroryzmu na cały świat? Czy jeszcze kiedyś będąc w dużym skupisku ludzi poczujemy się bezpiecznie? Mimo takich poważnych tematów to w dalszym ciągu lekka i przyjemna opowieść dla młodzieży i dorosłych.

Ma bardzo ludzką bohaterkę. Taką zwyczajną nastolatkę, może ma trochę lepszą kondycję niż ktoś kogo moglibyśmy spotkać w sklepie spożywczym. Ma wiele słabości, nie wie co się stało z jej rodzicami i mimo tych ciężkich czasów i zwariowanego życia chciałaby spotkać prawdziwą miłość. Kandydatów ma pod dostatkiem, aż trzech.Wybór niezwykle trudny, każdy z nich zyskuje trochę sympatii po zapoznaniu.

Ta historia to tak naprawdę tylko wstęp, preludium do dalszych wydarzeń. Gloria odnajduje odpowiedzi na niektóre z pytań przed nią jeszcze wiele niewiadomych.
Do czego się doczepię to fakt, że powieść nie ma jakiejś niesamowicie porywającej akcji. Co najważniejsze to cały czas z chęcią się czyta, nawet te spokojniejsze momenty i jeśli będę miała okazję to skuszę się na kolejny tom.
Ocena: 4/6
Tytuł: 309.Gloria
Autor:Monika Błądek
Stron: 477
Wydawnictwo: Akurat
Rok wydania: 2016
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Akurat oraz Business & Culture
Melduję, że powolutku ogarniam życie, studia, dom, bloga. czytanie. Zaczęłam nawet ćwiczyć i uczyć się do egzaminów. Małe sukcesy, a cieszą :)

8 sty 2017

Podsumowanie roku 2016

Zwykle takie podsumowania robiłam jeszcze przed końcem roku. Teraz już prawie połowa stycznia za nami, a ja dopiero znalazłam na niego czas. To najlepiej obrazuje jak wiele się zmieniło. Pierwotnie to podsumowanie miało pojawić się w Trzech Króli. Kawałek nawet się opublikował, więcej nie dałam rady napisać :)
Rok 2016 był przełomowy w moim życiu. Pierwsza połowa aż do czerwca upłynęła mi na ostatnich przygotowaniach do ślubu. Półtora roku minęło ogromnie szybko i później nie wiadomo było za co się zabrać. Jednocześnie zdawałam egzaminy na pierwszym roku studiów, a ciążowy brzuszek rósł coraz bardziej. Później były dwa miesiące względnego odpoczynku aż do końca sierpnia kiedy na świecie pojawił się nasz mały skarb. 
Nie wyobrażam sobie bez niego życia.


Za to jeśli chodzi o podsumowanie książkowe i blogowe to mam nadzieję, że ten nowy rok będzie przełomowy. Wiele zmienię, ulepszę moją pisaninę. Przynajmniej takie mam założenia.
w 2016 przeczytałam 85 książek. Myślę, że wynik jest bardzo udany i satysfakcjonujący.

Jakie mam plany na rok 2017?
-utrzymać ten wynik czytelniczy
-lepiej organizować sobie życie. Nie zawieszać się gdy mam czas wolny i nie spędzać go na bezmyślnym przewijaniu facebooka czy patrzeniu się w jeden punkt.
-nie pisać na odwal się, tylko wtedy kiedy naprawdę mam wenę
-ćwiczyć!
-zdać na trzeci rok studiów. :) Gdy patrzę na te przedmioty biofizyka, biochemia czy fizjologia to czarno to widzę :)
-Cieszyć się życiem  :)
A jak jest z wami?

2 sty 2017

Każda kobieta powinna od czasu do czasu pomyśleć tylko o sobie

Dzisiaj post zupełnie inny niż zwykle. Tak to już jest, że my- kobiety troszczymy się o wszystkich dookoła, a gdzieś zapominamy o sobie. W ciąży dbałam o swój organizm i chuchałam na zimne. Później kompletnie o sobie zapomniałam. Karmienie piersią, które już jest dużym wysiłkiem energetycznym dla organizmu w połączeniu z alergią mojego maluszka na białko mleka krowiego, rybiego i białko jaj kurzych sprawiały, że troszkę podupadłam na zdrowiu. Musiałam odrzucić nabiał, wszystko co z jajkami i rybami. Zostało bardzo mało rzeczy, które właściwie mogłam zjeść. 

Pierwsze objawy, które zauważyłam to wzmożone wypadanie włosów. Oczywiście po ciąży pewna ich ilość musi wypaść jednak nie prawie wszystkie. Później pogorszenie widzenia, sucha skóra, łamliwe paznokcie. Zaczęłam szperać w internecie poszukując opinii o jak najlepszym preparacie dla kobiet w podobnej do mojej sytuacji.

O Mumomega czytałam jednak muszę przyznać, że cena kazała mi szukać dalej. Na drugi dzień wierzcie lub nie ale otrzymałam na pocztę propozycję ich przetestowania. Nadawcę tej wiadomości już znałam, a więc długo się nie wahałam. Po zażyciu całego opakowania mogę stwierdzić, że teraz jestem w stanie kupić ten preparat w cenie regularnej w aptece. Mają one w składzie olej z ryb morskich, olej z wiesiołka ( dobrze wpływa na stan cery) i witaminę E. Są to źródła naturalnych kwasów tłuszczowych potrzebnych w czasie karmienia piersią, ciąży czy późniejszym czasie. 

W moim przypadku podziałały przede wszystkim na mój wzrok. Mgła na oczach zniknęła. Oczywiście do okulisty i tak trzeba się wybrać ale  przynajmniej widzę jakąś poprawę. Do tego na głowie zostaje mi trochę więcej włosów. Skutek o którym nie pomyślałam to zwiększona laktacja jednak to tylko i wyłącznie plus. Może kogoś przekonam. Warto jednak aby kobiety będące w ciąży najpierw zapytały się o możliwość zażycia tych tabletek swojego lekarza prowadzącego. Później na wypisie ze szpitala są już dowolne witaminy. 

Nie o tym tylko chciałam jednak dzisiaj napisać. Uświadomiłam sobie, że my kobiety musimy po prostu o sobie pamiętać. Kiedy zrobiłyście coś tylko i wyłącznie dla siebie? Może wieczór z książką pod kocem? Domowe spa? Trening ciała czy spacer? Często o tym zapominamy, a jednak to ważne dla pogody i równowagi ducha. Moim wyzwaniem na rok 2017 jest właśnie robienie sobie takich małych przyjemności. Zapalenie świeczki, wypicie na spokojnie pysznej herbaty gdy dziecko śpi.
Co ostatnio zrobiłyście tylko dla siebie?
W piątek zapraszam was na podsumowanie tego roku, później recenzję książki Gloria.
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka