24 cze 2019

Wiosna, lato, jesień, zima w moich rymach Wanda Chotomska

Jakie jest Twoje najpiękniejsze letnie wspomnienie? Zbieranie jagód, grzybów? Czereśnie prosto z drzewa czy budowanie zamków z piasku. Wanda Chotomska tak lekko i obrazowo przedstawiała świat w swoich wierszach, że podczas głośnego czytania wierszy z dzieckiem wszystkie te piękne wakacyjne wspomnienia stanęły mi żywo przed oczami.

Wiosna, lato, jesień, zima w moich rymach to zbiór kilkudziesięciu wierszy Wandy Chotomskiej podzielonych na cztery pory roku. W poruszającym wstępie jej córka opowiada jak znalazła sfatygowane zielone teczki z wierszami już publikowanymi, jak i tymi zupełnie nieznanymi. Autorka szukała inspiracji w najzwyklejszych, najdrobniejszych sprawach, zaklinała szarą rzeczywistość. Można to odczuć podczas czytania jej urokliwych wierszy. Świat dorosłych ma to do siebie, że brakuje w nim ludzi z taką dziecięcą szczerością i wrażliwością, którzy potrafiliby cieszyć się jajecznicą jedzoną na kempingu, lodami na patyku czy przeglądaniem szafy. Wanda Chotomska przez całe życie nie utraciła tych wspaniałych cech charakteru i każdy jej wiersz to taki mały, ciepły promyczek słońca, który poprawia humor i przypomina beztroski czas dzieciństwa.

Nie sposób nie wspomnieć tutaj o wydaniu, w stylu do jakiego wydawnictwo już zdążyło nas przyzwyczaić. Książka jest solidna, w twardej oprawie, kolorowa i optymistyczna, zilustrowana przez Ewę Poklewską-Koziełło. Mój synek jest oczywiście zachwycony faktem, że gdy się dobrze przypatrzymy to na okładce i w środku książki odnajdziemy rodzinę królików.

Nie wiem czy to już starość gdy tak proste wiersze o codziennych sprawach wywołują we mnie takie rozczulenie, nakłaniają do miłych powrotów do mojego dzieciństwa ze wspomnień. Może to działanie magii Wandy Chotomskiej, która dostrzegała znacznie więcej niż przeciętny człowiek i potrafiła przenieść tę magię na innych? Jedno jest pewne, powyższy zbiór wierszy to naprawdę piękna rzecz, nie tylko dla dzieci. Mam wrażenie, że w tym wypadku to wśród dorosłych wywoła znacznie więcej przyjemnych emocji.
Ocena: 5/6
Tytuł: 500.Wiosna, lato, jesień, zima w moich rymach
Autor: Wanda Chotomska
Stron: 112
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia

22 cze 2019

Folwark Konstancji Grażyna Jeromin-Gałuszka

Szukacie wciągającej lektury na lato? Guilty pleasure, które zapewni wam relaks w czystej postaci? Książki obyczajowe opowiadające o życiu sprzed lat to dla mnie zawsze bardzo miła odskocznia. Tutaj spodobało mi się na tyle, że żałuję, że zabrałam się za nią dopiero teraz. Zdążył powstać już kolejny tom.

Jest wiosna 1815 roku. Andrzej Konarski – właściciel majątku ziemskiego w kilka lat po ślubie nie doczekał się jeszcze dziedzica. Wstąpiła w niego jednak nowa nadzieja, ponieważ urodziły się dwa bliźniacze cielęta – znak pomyślności. Czy Konarski doczeka się dziecka? Niedługo później w nowo powstałej osadzie, gdzie rządy sprawuje siostra Andrzeja – Konstancja pojawia się biedna, wychudzona dziewczyna z dzieckiem na ręku. Kobieta postanawia przygarnąć ją do siebie. Nie wie, że ten jeden przejaw dobroci potoczy bieg życia całej rodziny w innym kierunku.

Lekka, wciągająca, a przy tym angażująca czytelnika – taka jest ta lektura. Akcja toczy się dwutorowo. Z jednej strony zostajemy wciągnięci w losy Konstancji i jej dopiero powstającej osady, z drugiej śledzimy życie kobiety już jako staruszki, obserwujemy jak potoczyły się losy bohaterów i drżymy o dobre wybory ich dzieci i wnuków. Jedynym minusem, który zauważyłam i który delikatnie przeszkadzał mi podczas czytania jest mnogość bohaterów. Oprócz skomplikowanych powiązań rodów Konarskich czy Bohdanowiczów autorka umieściła w swojej powieści wzmianki o służbie czy innych osobach pojawiających się we dworze. Wprawdzie na początku książki znajduje się szczegółowy spis wszystkich bohaterów, ale jednak nie często z niego korzystałam. Gdy czytałam kilkadziesiąt stron jednym ciągiem nie sprawiało mi to żadnych trudności, jednak gdy musiałam odłożyć ją na dwa dni, później musiałam się już wczytywać. Dalej kolejne strony mkną już niespostrzeżenie, wprawdzie akcja nie gna przez cały czas do przodu, ale jest kilka fragmentów gdzie znacznie przyspiesza, a czytelnik z niecierpliwością przerzuca kolejne strony. Zwłaszcza zakończenie wprawia w niemałą konsternację i po prostu zmusza do zapoznania się z drugim tomem o tytule Niebieska sukienka.

Napisałam, że jest to lektura angażująca czytelnika i rzeczywiście tak jest, ponieważ to po prostu historia o ludzkim życiu. Nie ważne czy to 1815 rok czy bliżej czasów nam współczesnych, ludźmi zawsze kierowały te same namiętności, spotykały i spotykają nadal te same zawody i niepowodzenia. Każdy z nas ma też jakieś rodzinne tajemnice, sprawy, o których głośno się nie mówi i które nie powinny wyjść poza krąg najbliższych. Dlatego nie sposób nie drżeć i nie przejmować się losami bohaterów, których w trakcie lektury nie sposób nie polubić.

Kolejnym plusem tej niewątpliwie przyjemnej lektury jest jej klimat. Akcja toczy się w wiejskiej, sielankowej scenerii, plastyczne opisy łąk, pół i wiejskich tradycji i obyczajów działają na wyobraźnię i malują przed nami naprawdę piękny obraz.

Czy polecam? Wielbicielom powieści gdzie przeszłość i teraźniejszość tkają gęstą nić prawdziwych ludzkich losów z całą pewnością przypadnie do gustu. Wszystkim tym, którzy cenią sobie w książkach klimat sprzed lat, czy to sielankową wieś jaką pamiętamy z opowieści dziadków, czy chcieliby przeczytać o niezwykle ciężkim czasie powstań i zawirowań w naszej historii. Ja spędziłam z nią naprawdę przyjemne chwile, może nie jest to arcydzieło literatury, ale lekka, angażująca historia, gdzie czas przeznaczony na czytanie z pewnością nie będzie zmarnowany.
Ocena: 4+/6
Tytuł: 499.Folwark Konstancji
Autor: Grażyna Jeromin-Gałuszka
Stron: 408
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

19 cze 2019

Neurokomiks Matteo Farinella, Hana Roš

Bądźmy szczerzy, jestem osobą, która zawsze traktowała komiksy po macoszemu. Nie interesowałam się nowościami, nie śledziłam opinii. Zupełnie nie znam się na cechach jakie dobry komiks powinien spełniać. Podzielę się z wami wrażeniami zupełnego laika w tej materii, który za sprawą wydawnictwa Marginesy postanowił odrobinę poszerzyć horyzonty i zauważył, że te nowości to jego biologiczne klimaty.

Neurokomiks to powieść graficzna zabierająca czytelnika w fascynującą podróż w głąb ludzkiego mózgu. Autorzy prywatnie są pracownikami akademickimi, zajmują się tymi tematami, a więc za sprawą tego komiksu przekazują swoją rozległą wiedzę w sporym uproszczeniu. Już sam pomysł i odmalowanie mózgu, oraz zachodzących w nim procesów jako podróż po niezbadanej krainie, którą zamieszkują potwory to strzał w dziesiątkę. Sieć neuronowa jako splątane konary drzew? Neuroprzekaźniki w walce z potworami: alkoholem i narkotykami? To spore uproszczenia, jednak myślę, że każda wiedza musi się od czegoś rozpocząć i takie zestawienie podstawowych faktów może być ciekawym początkiem prowadzącym do dalszego poznawania zakamarków naszego mózgu.

Akcja tej książki toczy się bardzo szybko, może nawet zbyt szybko, jej lektura mogłaby mi zająć kilkanaście minut. Drugie tyle zajęło jednak dokładne obejrzenie czarno-białych, mocno kontrastujących ilustracji i wyobrażenie sobie całej krainy Neurolanadii. Czytanie komiksów to dla mnie zupełnie nowe przeżycie czytelnicze i estetyczne. Może po prostu zmienia się też moje myślenie na temat komiksów. Nie są to już dla mnie książeczki dla małych dzieci, ale lektury dla każdego, które należy tylko dopasować do siebie tematycznie. Neurokomiks trafił tu całkowicie w moje gusta.
Jednocześnie przez Neurokomiks przewija się cała galeria osobistości. Pawlow, o którym słyszał każdy, ale też Alan Hodgkin czy Andrew Huxley. Wielu uczonych, którym zawdzięczamy stan naszej aktualnej wiedzy.

Komu polecam? Przede wszystkim początkującym. Praca naszego mózgu to tak wdzięczny i ciekawy temat, że zaintryguje absolutnie każdego. Przeniesienie wiedzy na temat układu nerwowego i procesów w nim zachodzących na baśniową opowieść pobudza wyobraźnię i zmusza do głębszego pochylenia się nad tą powieścią graficzną. Pierwsze wrażenie uważam za udane, kolejny komiks czeka już na półce.
Ocena: 4+/6
Tytuł: 498.Neurokomiks
Autor: Matteo Farinella, Hana Roš
Stron: 144
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Marginesy

10 cze 2019

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle Stuart Turton

Czy gdyby Agatha Christie żyła w naszych czasach to pisałaby podobne powieści? Myślę, że to dość prawdopodobne i takie zdanie tłukło mi się po głowie przez cały czas czytania. Siedem śmierci Evelyn Hardcastle to książka, która zbiera same dobre opinie. Jej premiera w Polsce miała miejsce w lutym, teraz doczekaliśmy się już wznowienia. To tylko dowodzi jak wielką popularnością się cieszy.

Evelyn Hardcastle umiera każdego dnia, zawsze o jedenastej wieczorem. Aiden Bishop ma za zadanie odnaleźć mordercę, w przeciwnym wypadku pozostanie w posiadłości Blackheath na zawsze. Problem w tym, że główny bohater każdego ranka budzi się w ciele innej osoby mającej związek z zabójstwem. Codziennie przeżywa te same wydarzenia z punktu widzenia innego człowieka, pytanie tylko czy uda mu się odwrócić ich bieg i zdążyć z wyjaśnieniem zagadki.

Ta książka to istna petarda. Przeczuwałam, że jest dobra – tak wiele naprawdę dobrych opinii nie mogło być wyssanych z palca i się mylić. Jej lektura przeszła moje najśmielsze oczekiwania, ponieważ to powieść jakiej jeszcze nie było. Całkowita nowość, świeżość na rynku. Coś co każe nam twierdzić, że autorzy jeszcze nie wymyślili i nie napisali wszystkiego i mogą nas naprawdę zaskoczyć.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle to powieść osadzona w klimacie typowym dla książek Agathy Christie. Autor zaimponował mi już od pierwszych stron, ponieważ nie postawił na tak modną ostatnio szybką, gnającą na łeb na szyję akcję. Tutaj jest spokojnie, trzeba wnikliwie czytać kolejne rozdziały jeśli chcemy mieć jak największą przyjemność z lektury i pragniemy chociaż pokusić się o próbę rozwiązania zagadki. To kryminał w prawdziwie starym stylu, zostajemy przeniesieni do ponurej, rozpadającej się rezydencji, wśród ludzi zdeprawowanych, zdemoralizowanych, uważających się za lepszych od innych. Jednocześnie dbają oni o pozory, wszak są szanowanymi obywatelami. Pisałam już kiedyś, że bardzo cenię sobie kryminały z takim klimatem, z dobrym osadzeniem całej historii w realiach, rozrysowaniem panujących pomiędzy bohaterami zależności, utkaniem takiej pajęczyny, która zmusza szare komórki czytelnika do myślenia i sprawia, że czyta się naprawdę fantastycznie. Jednocześnie w książce z taką ilością postaci fabuła mogłaby być zawiła – nic takiego tutaj nie zauważyłam. Do wczytania się potrzebowałam kilku rozdziałów.

Klimat książki świetnie przeplata się z czymś zupełnie nowym i świeżym – główny bohater Aiden za każdym razem budzi się w ciele innego bohatera. Nie pamięta swoich wspomnień, całkowicie wczuwa się w psychikę swojego wcielenia. Musi mierzyć się z bolączkami, ułomnościami i charakterami innych osób. To daje nam zupełnie inny spojrzenie na całą sprawę, odkrywa przed nami inne punkty widzenia, nowe tropy, a jednocześnie mąci i utrudnia domyślenia się zakończenia całej tej zagadki.

Stuart Turton tworzył swoją powieść trzy lata. Domyślam się, że wymyślenie całej tej historii, spięcie w całość wszystkich wątków, przesunięć w czasie, aby było to zrozumiałe dla czytelnika, a jednocześnie pasjonujące i zagadkowe musiało zająć mu sporo czasu. Im bardziej o tym myślę tym jestem mocniej przekonana, że to trudna sztuka. Jestem pewna, że nie byłabym w stanie przenieść na papier tak szalonych pomysłów, aby nie brzmiały jak science-fiction, a wprost przeciwnie, miały klimat ze starszych kryminałów.

Podsumowując, powyższa książka to po prostu coś czego jeszcze nigdy nie czytaliście.
Komu polecam? Przede wszystkim fanom kryminałów i thrillerów, zwłaszcza takim, którym już nudzą się te wszystkie gnające na łeb na szyję historie, ja wybieram zdecydowanie klimat rodem z książek Agathy Christie w połączeniu ze szczyptą nowoczesności. Pragnę jeszcze wspomnieć, że to debiut autora. Powtarzam się, ale jeśli tworzy coś takiego debiutując jako autor powieści to chcę poznać jego dalsze poczynania.
Ocena: 5+/6
Tytuł: 497.Siedem śmierci Evelyn Hardcastle
Autor: Stuart Turton
Stron: 510
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Albatros

5 cze 2019

Księga M Peng Shepherd

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia ludzie zaczynają tracić cienie. Na początku jest to oczywiście odebrane jako magiczna sztuczka, ciekawy pokaz. Gdy okazuje się, że wraz z cieniami odchodzą również wspomnienia zaczyna się panika. Granice są zamykane, aby dziwna epidemia nie rozprzestrzeniała się dalej, jednak to nie działa. Ludzkość powoli wszystko zapomina, w końcowym stadium traci nawet zdolność do oddychania. Ory i Maxine właśnie świętowali zaślubiny swoich największych przyjaciół, gdy dotarły do nich tragiczne wieści. Pewnego dnia Max także traci swój cień. Kobieta boi się, że zrobi krzywdę swojemu mężowi i postanawia odejść. Ma nadzieję, że Ory nie będzie jej szukał, jednak zrozpaczony mąż postępuje zupełnie inaczej.

Wstrząsająca.
Wciągająca.
Przy tym też smutna i poruszająca. Księga M to książka, która pochłonęła mnie na praktycznie dwa tygodnie. Ma dość duży format, blisko 500 stron, a do tego zawiera mało dialogów. Nie miałam też na nią zbyt wiele czasu. Jest w niej jednak coś takiego, że tej lektury nie chce się kończyć zbyt szybko i podświadomie przedłuża czytanie. Nie ma tu porywającej, gnającej do przodu akcji, ponieważ pomysł apokalipsy jaką jest utrata cienia i zapomnienie wszystkiego jest procesem powolnym, ale niezwykle poruszającym. Nie czytam codziennie książek postapokaliptycznych, a jednak ta mnie zachwyciła. Przede wszystkim tym, że przedstawione w niej zapomnienie nie jest żadną fantastyką. Codziennie tysiące ludzi traci pamięć na skutek wypadków, traumatycznych przeżyć czy demencji. Moja babcia straciła pamięć i gdy czytałam o ludziach, którzy na skutek tej dziwnej epidemii z każdym wspomnieniem tracili część siebie to każde ze zdań poruszało w mojej duszy najczulsze struny. To co Peng Shepherd ubrała w opowieść jest rzeczywiście prawdziwe. To zagubienie, nieumiejętność odpowiedzi na pytanie kim jestem i kim są ci wszyscy ludzie dookoła mnie. Powinnam się ich bać? A może to moi najbliżsi? Mocno mnie ta książka poruszyła i chociażby za ten ciekawy aspekt jakim jest sam pomysł na powieść warto po nią sięgnąć.

Podoba mi się sposób w jaki autorka zbudowała swoją historię. Poznajemy tu wielu bohaterów, ale jednak relacja tocząca się pomiędzy Ory’m, a Maxime jest osią spajającą całą powieść. Nie jest to typowa historia miłosna, ponieważ realia, w których się dzieje też takie nie są. Obserwujemy tu piękne świadectwo miłości pomiędzy tym małżeństwem. Z jednej strony Max, która powoli traci pamięć i trzyma się każdego skrawka wspomnienia o swoim mężu, z drugiej Ory, który desperacko próbuje odszukać miłość swojego życia. Autorka namalowała relację ich łączącą tak dorośle i subtelnie, że gdy dowiedziałam się, że Księga M to jej powieściowy debiut byłam pod jeszcze większym wrażeniem. Skoro potrafi napisać tak genialny debiut to chcę poznać jej kolejne powieści.

Księga M to książka, na której lekturę trzeba poświęcić trochę czasu. To powieść drogi, autorka poświęciła sporo miejsca na rozbudowanie swoich postaci, nadanie im charakteru, zwrócenie uwagi czytelnika na wiele aspektów i stron dotkniętych kataklizmem. Bezcieniści i ci, którzy nadal mają swoje cienie mieli przecież zupełnie inne racje, przemyślenia i pobudki jakie nimi kierowały. Nie sposób nie zastanowić się w trakcie czytania nad tym na ile nasze wspomnienia definiują nas samych i ile tracimy wraz z nimi. Oprócz tego w książce panuje mglisty, senny i niepokojący klimat, który tylko potęguje wrażenia podczas czytania. Za to zakończenie to już istna petarda. Spodziewałam się, że będzie to coś zaskakującego. Taka książka musi mieć odpowiednią klamrę, która zepnie wszystkie wydarzenia i bohaterów w całość. Zupełnie nie spodziewałam się, że te ostatnie strony wprawią mnie w osłupienie i wpędzą w książkowego kaca.

Ogromnie polecam wam tę książkę. Niech przekona was fakt, że nie jestem fanką takiego gatunku, a tutaj podobało mi się wszystko.
Ciekawy pomysł na książkę.
Senny klimat uzyskany dzięki wpleceniu w historię indyjskich legend i wierzeń.
Genialne zakończenie.
Subtelna relacja pomiędzy Max, a Ory’m. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale napiszę wam jeszcze tylko – to jedna z najlepszych książek tego roku.
Ocena: 5+/6
Tytuł: 496.Księga M
Autor: Peng Shepherd
Stron: 462
Wydawnictwo: Burda
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Burda Książki

Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.