31 paź 2018

Dobranocki na Gwiazdkę

Do świąt Bożego Narodzenia zostało jeszcze trochę czasu, ale przecież za prezentami można już się rozglądać. Dzisiaj zaprezentuję wam książkę z opowieściami dla dzieci, którą konsekwentnie czytamy każdego wieczora podczas usypiania. Ja się zachwycam, a synek gdy kładzie się spać pokazuje na książkę, a więc też musi mu się podobać słuchanie mojego głosu czytającego te przepiękne opowieści.

Dobranocki na Gwiazdkę to jedenaście bożonarodzeniowych opowiadań napisanych specjalnie dla dzieci przez polskich autorów. Odnajdziemy tutaj zarówno historie napisane przez Grażynę Bąkiewicz, Agnieszkę Tyszkę, Justynę Bednarek i innych. Najbardziej podoba mi się w niej fakt, że każde z opowiadań jest zupełnie inne. Niby każdy z nas obchodzi te same święta Bożego Narodzenia, ale jednak co innego wyniósł z domu, ma inne wspomnienia i dlatego też inaczej je postrzega. Właśnie dlatego jedne opowiadania są bardzo magiczne, bajkowe i troszkę nieprawdopodobne, a inne opisujące nasze ludzkie realia. Obok historii bardzo samotnej myszki Florentyny znajduje się opowieść o rodzinie, dla której święta to tylko czas przygotowań, wytężonej pracy i kłótni. W jednej książce znalazły się wspomnienia świętego Mikołaja i historia o jego niespotykanie dobrych naleśnikach. Mimo tego, że każde inne to jednego nie można odmówić absolutnie żadnemu – mają w sobie ten charakterystyczny klimat świąt i skutecznie przenoszą go na czytelnika. Myślę, że to taka książka, po którą można z dzieckiem sięgać co roku w odpowiednim momencie np. w listopadzie i przywoływać bożonarodzeniowego ducha.

Dobranocki na Gwiazdkę to oprócz tej całej magicznej świątecznej otoczki po prostu bardzo mądre opowiadania. Są dedykowane dla dzieci od 6 lat, ale tutaj jak zwykle nie sugeruję się przedziałami wiekowymi. Poruszają cały wachlarz różnorodnych emocji i spraw, które dotykają każdego z nas. W jakiejś rodzinie tata nie może być obecny na Wigilii, ponieważ pracuje, a w innej gwiazdkowym prezentem okazuje się młodszy braciszek lub siostrzyczka. Są też starsi samotni ludzie i tacy, którzy w ogóle nie czują świątecznego ciepła. Autorzy bez zadęcia i z lekkością przedstawiają te wszystkie trudniejsze i prostsze sprawy. Na tyle, że śmiało można czytać je młodszym dzieciom. Do poduszki, tak jak ja. Gwarantuję, że te historie poruszą też serca starszych, dorosłych już czytelników.

Koniecznie muszę wspomnieć też o wydaniu tej książki. Twarda oprawa i przepiękne ilustracje Ewy Bieniak-Haremskiej sprawiają, że jest to prawdziwa perełka na naszej półce. Nie ma nawet jednej strony na której nie byłoby przepięknych śnieżnych krajobrazów, choinek czy świątecznych scenek. Przez to ta pozycja idealnie nadaje się na świąteczne prezenty.

Dobranocki na Gwiazdkę to jedna z lepszych książek z opowiadaniami dla dzieci jakie miałam ostatnio w rękach. Mądre, wzruszające historie z magią i klimatem świąt oraz zachwycające wydanie sprawiają, że nie mogę przestać się nią zachwycać. Polecam wam przejrzeć ją w księgarni lub chociaż zobaczyć filmik wydawnictwa, który przedstawia jej wnętrze.

Ocena: 5/6
Tytuł: 447.Dobranocki na Gwiazdkę
Autor: Grażyna Bąkiewicz, Justyna Bednarek, Paweł Beręsewicz, Zofia Beszczyńska, Manuela Gretkowska, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Barbara Kosmowska, Beata Ostrowicka, Zofia Stanecka, Małgorzata Strękowska-Zaręba, Agnieszka Tyszka
Stron: 224
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 17.10.2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia

26 paź 2018

Wszystko za K2. Ostatni atak lodowych wojowników Piotr Trybalski

Literatura górska to typ książek, które zawsze wywołują we mnie spore emocje. Na tyle, że zwykle podczas czytania aż serce mi drży i aż nie chcę ich zbyt szybko kończyć. Jak było podczas lektury Wszystko za K2?

K2. Czogori. Najwyższy szczyt Karakorum, drugi pod względem wysokości na Ziemi. Jedyny ze szczytów dotychczas niezdobyty podczas zimy. Ze względu na swoje położenie panują na nim ekstremalne warunki, które trudno porównać z jakimkolwiek innym górskim szczytem. Polacy to jednak naród, który od zawsze dokonywał tego co niemożliwe, a więc kwestią czasu było zorganizowanie kolejnej zimowej wyprawy na K2. Wejście na jej szczyt to dla nas nie tylko walka z ludzkimi słabościami, ale po prostu honor i duma. W takim razie co poszło nie tak? Jak wyglądały nastroje uczestników ekspedycji pod K2 podczas gdy w kraju szalała medialna burza?

Kawał książki o wspinaczce wysokogórskiej, jej historii i technicznych aspektach. Tak podsumowałabym ją jednym zdaniem, ponieważ Piotr Trybalski porusza wiele tematów, nie skupia się tylko na K2. Dla osoby takiej jak ja – laika zaciekawionego tym tematem, który swoją wiedzę wynosi z kilku przeczytanych książek jest to spore ułatwienie. Jednocześnie nie ma się wrażenia przesytu ilością wątków czy niedosytu o co się w pewnym momencie czytania bałam. Autor maluje nam początki światowego himalaizmu, opisuje co ominęło Polaków, którzy przez historyczne zawieruchy nie wspinali się podczas gdy reszta świata zdobywała kolejne szczyty. Zrozumienie tego historycznego kontekstu sprawia, że marzenia Polaków o zdobyciu K2 zimą stają się jasne. My musieliśmy zapisać się w historii inaczej, czy to w wytyczaniu nowych dróg na szczyty czy właśnie dzięki zimowym wspinaczkom.  Podziwiam ludzi, którzy w imię pasji są w stanie dokonywać tak niesamowitych rzeczy. Jednocześnie zazdroszczę im odkrywania świata w taki sposób. Przecież na szczycie K2 zimą jeszcze żaden człowiek nie postawił stopy, nikt nie wie jak tam dokładnie o tej porze roku jest.
l
Podoba mi się fakt, że ostatnia Polska zimowa wyprawa na K2 została tu oddzielona od tej medialnej otoczki w jakiej była zawieszona pod koniec jej trwania. Akcja na Nanga Parbat zwróciła na nią oczy całego świata, a nasze media ścigały się w publikowaniu plotek i domysłów. Tutaj autor opisał nam co dokładnie się działo, nikogo nie oceniał. Po prostu przytoczył słowa niektórych członków wyprawy, ich wpisy na blogach czy mediach społecznościowych. Złożył to w całość, a to do czytelnika należy wysnucie wniosków i zastanowienie się co tutaj poszło nie tak. Myślę, że na niepowodzenie złożyło się zbyt wiele czynników, ale to lekcja, która być może w przyszłości popchnie nas do sukcesu.

Wszystko za K2 to reportaż pełen pasji, emocji i ludzi o silnym charakterze. Wyłania się z niej mnóstwo nazwisk, zarówno ludzi, którzy górom poświęcili całe swoje życie jak i tych, o których słyszymy dopiero od niedawna i w nich pokładamy ogromne nadzieje. Polecam wam tę książkę, ma blisko 600 stron, ale czyta się ją szybko i warto się z nią zmierzyć i spróbować zrozumieć na czym polega pasja ludzi wspinających się na najwyższe szczyty świata.

Ocena: 5/6
Tytuł:446.Wszystko za K2. Ostatni atak lodowych wojowników
Autor: Piotr Trybalski
Stron: 592
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Literackiemu

20 paź 2018

Skradzione małżeństwo Diane Chamberlain

Diane Chamberlain to autorka, która przez tematykę poruszaną w swoich powieściach nie mogła uniknąć porównań do Jodi Picoult. W Polsce ich powieści przecież pojawiają się w tym samym wydawnictwie i serii. Zawsze zmuszają one czytelnika do wysnucia jakiś refleksji i to podoba mi się w nich najmocniej. Zawsze myślałam, że wolę Picoult. Powieści Diane Chamberlain wydawały mi się nierówne i jak się okazało rzeczywiście te gorzej przeze mnie odebrane były z jednej serii, o której sporo osób ma identyczną opinię. Po tej lekturze po prozę autorki będę sięgać już bez żadnego wahania, ponieważ udowodniła mi w niej, że potrafi napisać coś z własnym stylem i klimatem, co może być kojarzone tylko z nią.

Jest rok 1944. Trwa II wojna światowa. W Stanach Zjednoczonych ludzie też wyczekują wieści z frontu, wszak ich mężowie i synowie walczą w słusznej sprawie. Tess DeMello żyje w bezpiecznym kokonie. Ma narzeczonego, który jest lekarzem, sama uczy się pielęgniarskiego fachu. Wszyscy są ogromnie zdumieni gdy nagle zrywa zaręczyny, wyprowadza się na południe i wychodzi za mąż za człowieka widzianego przez nią tylko raz – Henry’ego Krafta, właściciela fabryki mebli. Szybko okazuje się, że dom Kraftów i panująca w nim ciężka atmosfera tajemnic są dla Tess pułapką bez wyjścia. Jedynym sensem życia staje się ratowanie ludzkich istnień podczas szalejącej epidemii polio.
Jeden błąd, jedna pamiętna noc i życie Tess DeMello zmienia się na zawsze.
Koniecznie musiałam przytoczyć te słowa z okładki, ponieważ po ich przeczytaniu sądziłam, że głównym i jedynym tematem podejmowanym w tej opowieści jest zdrada. Oj, jak ja mocno się pomyliłam. Nie jest tak banalnie, tematów jest mnóstwo, a przy tym żaden z nich nie został potraktowany po macoszemu i nie zrobił się z nich misz-masz. Według mnie to powieść o konwenansach, które krępują nasze szczęście. W czasach II wojny światowej jeszcze mocniej dbano o zachowywanie pozorów. Dama musiała być grzeczna, ułożona, nie mogła imać się niektórych zajęć. Poprzez przeniesienie akcji na konserwatywne Południe Diane Chamberlain mocno akcentuje tę społeczną grę pozorów oraz zaznacza problemy segregacji rasowej. Z resztą czy my też nie możemy odnieść tej książki do naszych realiów? Ile razy nasze wybory generowane są przez poczucie, że jedno zachowanie po prostu wypada, a inne nie? Tess i Henry, a właściwie Hank tkwili w takich życiowych pułapkach zastawionych przez konwenanse i społeczne oczekiwania i to na nich opiera się cała oś powieści.

Jeśli kogoś nie przekonuje powyższy akapit to spieszę wyjaśnić, że powieść Skradzione małżeństwo to też po prostu ciekawa historia. Autorka intrygująco maluje realia Stanów Zjednoczonych w czasie II wojny światowej. Umieszcza wiele wydarzeń. Życie Tess po pamiętnej nocy nabiera tempa, rozmachu. Czeka ją trudne małżeństwo, niechęć ze strony rodowitych mieszkańców Południa, rodzinne tajemnice, a nas zaskakujące zakończenie. Tę książkę się po prostu połyka i nie sposób się nudzić.
Ogromnie spodobała mi się postać Tess. Jest realna, popełnia błędy, które doprowadzają ją do całej tej historii. Autorka świetnie pokazała zmiany zachodzące w człowieku. Subtelna modyfikacja, której na co dzień nie zauważamy, a jednak porównując postać sprzed lat do tej obecnej obserwujemy innego człowieka. Właśnie takie odczucia miałam podczas czytania o Tess, która z dziewczynki wyewoluowała do kobiety radzącej sobie z przeciwnościami losu. Dobrze wykreowana postać, czego chyba nawet się nie spodziewałam.

Nie przedłużam już i przechodzę do podsumowania. Skradzione małżeństwo to historia gdzie autorka bardzo mało nam objaśnia. Każdy bohater ma swoje tajemnice, a nam w głowie kłębią się pytania. Atmosfera ciągle się zagęszcza aż do zaskakującego końca. Niejednoznaczna, niebanalna, ekscytująca. Jeśli dodamy do tego jeszcze dobrze wykreowaną główną bohaterkę, ciekawą oś fabularną i temat do refleksji wychodzi naprawdę dobra powieść na najbliższe długie wieczory.

Ocena: 5/6 
Tytuł: 445.Skradzione małżeństwo
Autor: Diane Chamberlain
Stron: 559
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

15 paź 2018

3 książki dla dzieci na jesienne wieczory

Gdy wieczory są dłuższe dzieci się nudzą. Rok temu jeszcze nie mieliśmy tego problemu, po prostu synek jesienią i zimą wcześniej kładł się spać. Teraz ma już 2 lata i jeśli w porę nie wymyślę sensownego zajęcia to zrobi to sam i musimy bawić się np. w owijanie w dywan. Ratunkiem dla mnie są książki. Tak się złożyło, że ostatnio rządzą u nas trzy lektury spod szyldu wydawnictwa Nasza Księgarnia. 
Jako pierwszego przedstawię wam Pucia. To ta najgrubsza książka na samej górze stosu. Rodzice z pewnością ją znają, ponieważ seria o Puciu jest jedną z najpopularniejszych wśród książek dla dzieci. Całej reszcie podpowiem, że to świetny pomysł na prezent. Pucio ma w sobie coś takiego, że nasze pociechy za nim szaleją. Jeszcze nie rozgryzłam tego fenomenu. Może to te rysunki pokazujące zwykłe codzienne czynności w stonowanych, nieprzesadzonych kolorach? Pucio śpi, je śniadanie, idzie na zakupy, a dzieci z ogromną chęcią pokazują lub opowiadają co jest na rysunkach. Każda strona została odpowiednio rysunkowo podsumowana, a na końcu mamy takie podsumowanie całej książki. Mój synek z mówieniem ma jeszcze na bakier, ale z chęcią siedzi mi na kolanach i pokazuje różnorodne rzeczy i czynności. 

Tak samo z pozostałymi dwiema książeczkami. O książce Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty już wam pisałam. Po kliknięciu w tytuł zostaniecie odesłani do mojej opinii. To książka pełna ilustracji przedstawiająca świat krasnoludków. Rozwija wyobraźnię, uczy spostrzegawczości. Rok na wsi jest niezwykle podobna, w takim samym formacie. Tylko, że w niej znajdziemy znacznie większą ilość szczegółów. Na początku trochę zachłysnęliśmy się tą ilością. Na dwóch rozłożonych stronach zawsze mamy tutaj miesiąc z życia na wsi. Autorka zadbała absolutnie o wszystko jak prace w polu i ogrodzie, wypoczynek, zwierzęta. Gdy chce się całą książkę obejrzeć od razu to może przytłoczyć tą mnogością szczegółów. Naszą strategią jest teraz omawianie tylko jednego miesiąca, tego który akurat trwa i opowiadanie co się dzieje. Również mieszkamy na wsi, a więc odnoszę się do tego co synek już zna, co ostatnio robił, widział i to zdaje egzamin.
Zaciekawiła was jakaś książeczka? A może wy macie jakąś książkę, którą koniecznie z synkiem musimy przeczytać czy przejrzeć? Mnie kuszą książki z serii Rok w... Jest tam mnóstwo szczegółów, trzeba do nich odpowiedni podejść, ale gdy już dziecko wsiąknie to z taką książką można spędzić kilka godzin. Piszcie, książek nigdy nie za wiele. 

12 paź 2018

Pocieszki Katarzyna Grochola

Zbiory felietonów, opowiadań to zwykle nie moja bajka. Teksty są często nierówne, jeden ogromnie mi się podoba, a inny pozostawia po sobie ogromny niedosyt. Jednak gdy zobaczyłam Pocieszki w zapowiedziach wiedziałam, że dla tej lektury muszę koniecznie zrobić wyjątek. Może to nazwisko autorki zapowiadające, że będzie to ciepła lektura, a może sama idea pocieszek? Koniec końców okazało się, że opowiadania są jakościowo podobne, dobre i nie umiem wybrać faworyta.

Jak sugeruje tytuł Pocieszki mają za zadanie pocieszać nas w trudnych chwilach. Jest ich dokładnie 52, a więc można je sobie dawkować po jednym na każdy tydzień lub zostawić sobie na jakąś życiową zawieruchę. Ja z natury mam słabą wolę, książkę przeczytałam w ciągu dwóch dni, bo jak tu nie pochłonąć czegoś, co sprawia, że na duszy robi nam się po prostu lepiej? Autorka trochę wątpiła w pocieszające właściwości swoich opowieści, a ja myślę, że znakomicie jej się to udało. To taka lektura, do której z przyjemnością się powraca.

O czym pisze Katarzyna Grochola? O życiu. Zwykłym, codziennym losie każdego człowieka. O tym, że czasem tak mocno nie chce się ugotować obiadu, a innym razem zimą nie ma prądu i można zamarznąć w mieszkaniu. Pewnie teraz znajdą się sceptycy, którzy sądzą, że to nic ciekawego. W trakcie czytania można się zdziwić, ponieważ każde to zdarzenie prowadzi autorkę do niezwykle intrygujących przemyśleń, refleksji i zaskakujących chyba nawet ją samą puent. Te ostatnie zdania niejednokrotnie wprawiały mnie w chwilowe zawieszenie swoją oczywistością. Musiałam chwilę sobie pomyśleć by na końcu zgodzić się z autorką. Po lekturze tej powieści widzę, że Katarzyna Grochola świetnie czuje się w takich króciutkich, urzekających i odrobinę przekornych tekstach. Żadnemu nie brakuje treści. Mimo iż, jedno z nich liczyło sobie jedną stronę, a inne trzy lub cztery to za każdym razem były po prostu trafione w punkt. Ciężko wybrać tutaj najlepsze czy ulubione, ponieważ wszystkie pochodzą z realnego życia autorki i jednocześnie każde porusza trochę inne realia naszego życia.

Pocieszki to pochwała codzienności. Drobnych chwil, których celebracja doprowadzi nas do poczucia szczęścia w życiu. Krótkie, ciepłe, żartobliwe, trafiające w punkt. O związkach, dzieciach, życiu. Zaskakujące, sprawiające, że podczas czytania czas troszkę zwalnia, herbata staje się smaczniejsza, a nas zalewa słodka melasa magicznej codzienności.

Ocena: 5/6
Tytuł: 444.Pocieszki
Autor: Katarzyna Grochola
Stron: 362
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: 18.08.2018
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

10 paź 2018

Szczęście za horyzontem Krystyna Mirek

Krystyna Mirek to polska autorka powieści obyczajowych. Ma na swoim koncie już 21 książek. Z wykształcenia jest polonistką, matką czwórki dzieci. Do tej pory przeczytałam tylko jedną historię spod jej pióra – Większy kawałek nieba i wspominam ją z ciepłem i sentymentem. Jak było tym razem?

Justyna mieszka w wielkim mieście, ma świetnego chłopaka, jest w ósmym miesiącu ciąży. Nie jest jednak szczęśliwa. Popełnia straszliwy błąd. Jedną nierozważną decyzję, która przekreśla jej dotychczasowe życie. Jednocześnie los stawia jej na drodze rodzinę mieszkającą na skraju ubóstwa. Czy to pokuta dla dziewczyny?

Cudze chwalicie swego nie znacie. Do takiego wniosku doszłam z obserwatorką na Instagramie. Książka naszej polskiej autorki absolutnie w niczym nie odbiega od powieści obyczajowych wydawanych za granicą. Historia Justyny sprawiła, że na kilka godzin przeniosłam się do zupełnie innego świata, z którego nie miałam ochoty wracać jeszcze na długo po jej zakończeniu.

Szczęście za horyzontem to przede wszystkim powieść niebanalna. Przy ilości wydawanych obecnie książek jest to zdecydowanie wyczyn godny podziwu. Mam wrażenie, że w takich historiach często znajdują się jakieś nierealne, wydumane problemy. Tutaj mamy samo życie i biedę. Tak ogromną i dotkliwą, że członkowie rodziny przedstawionej w książce żyją na skraju ubóstwa. Dzieci nie mają co jeść, w co się ubrać. Są wyśmiewane przez rówieśników w szkole. Właśnie z takimi sprawami spotykamy się każdego dnia, a więc cieszę się, że Krystyna Mirek porusza tematy tak bliskie czytelnikom. Historia ta udowadnia, że ludzie zawsze najpierw oceniają, a nie próbują nawet dociec sedna sprawy. Liczy się tylko to co widać na zewnątrz, a w przypadku biedy łatwo kogoś zaszufladkować. Pomyślmy tylko ile razy widząc kogoś w mocno sfatygowanym ubraniu pomyśleliśmy, że ma kłopoty z alkoholem?
Jak sugeruje tytuł opowieść o Justynie pokazuje, że definicja szczęścia jest dla każdego z nas czymś innym. Nie nam oceniać ludzkie wybory. Dla jednej osoby będzie to spektakularna kariera w zatłoczonym mieście, a dla drugiej spokój rodzinny. Historia ta wlała w moje serce mnóstwo otuchy i ciepła, że gdzieś tam są jeszcze na świecie dobrzy ludzie. Dla jednego czytelnika będzie to bajkowa ułuda. Ja myślę, że są takie trudne sytuacje w naszym życiu, że czasami zachowujemy się zupełnie irracjonalnie, a więc dlaczego decyzje bohaterów nie miałyby się kiedyś komuś przydarzyć. Z resztą codziennie spotykamy się z taką ilością złości, więc czemu by nie pokrzepić serca taką lekturą?

Czy polecam? Mnie ten magiczny klimat jesiennej górskiej scenerii w połączeniu z ciepłem ludzkich serc i odrobiną miłości urzekł całkowicie. Krystyna Mirek posługuje się ładnym językiem, jej historia toczy się spokojnym rytmem. Jest tu samo życie, które przez pewien czas wydaje nam się nawet nudne, by później zaskoczyć nas jakimś problemem czy tragedią. Sztuką jest odnaleźć tę osobę, u której boku przeszkody będą do przezwyciężenia.

Ocena: 5/6
Tytuł: 443.Szczęście za horyzontem
Autor: Krystyna Mirek
Stron: 352
Wydawnictwo: Edipresse
Rok wydania: 19.09.2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Edipresse

8 paź 2018

Nietypowa Matka Polka Anna Szczepanek

Po ciężkich i emocjonujących lekturach potrzebowałam czegoś co mnie odpręży i rozśmieszy. Mój wzrok padł od razu na książkę Anny Szczepanek Nietypowa Matka Polka. Autorka mieszka obecnie w Anglii z czwórką dzieci, mężem i kotami. Prowadzi Facebooka, na którym dzieli się z blisko 300 tysiącami osób tym co się jej w życiu przytrafiło.

O czym pisze autorka? Przede wszystkim o swoim dzieciach. Kto je ma, ten wie, że codziennie dzieje się coś takiego co jest świetnym materiałem na książkę. O mężu i małżeństwie, bo po ślubie to dopiero zaczyna się ciężka praca, aby się wzajemnie nie pozabijać. O służbie zdrowia, a w szczególności porodach, które wyglądają troszkę inaczej niż sobie wszyscy przyszli rodzice wyobrażają. O jej przeprowadzce do Anglii i stereotypowej angielskiej pogodzie, która już zdążyła napsuć jej trochę krwi.

Ta książka jest specyficzna. Muszę to zaznaczyć już na wstępie, ponieważ nie każdemu może przypaść do gustu. Autorka ma nietypowy i trudny do podrobienia styl pisania. Pisze bardzo szczerze, bez owijania w bawełnę, nie boi się używać wulgaryzmów, pisać potocznym, nawet trochę przesadzonym językiem. Po moim zachwycie pierwszymi rozdziałami nadeszło kilka zgrzytów związanych właśnie z tym stylem, który zaczął mnie drażnić. Jestem osobą, której przekląć zdarzy się raz w roku, a więc nie mogłam się tutaj odnaleźć. Okazało się jednak, że z każdym kolejnym rozdziałem czytało mi się już coraz przyjemniej. Książka ta to posty z Facebooka autorki i można zauważyć, że z każdym wpisem robi ona ogromny progres w kwestii pisania. Pozostaje ta charakterystyczna zadziorność, szczerość i ironia, a jednak język staje się coraz lepszy. Na tyle, że już przejrzałam jej najnowsze wpisy i po kolejną książkę sięgnęłabym bez wahania.
Dlaczego tak mi się podoba mimo tych początkowych trudności? Autorka jest we wszystkim szczera, niczego nie ubarwia. W bardzo ironiczny sposób opisuje swoje życie jako żona, matka i kobieta. Każda z tych życiowych ról to ogromna presja społeczeństwa, któremu nigdy nie można dogodzić. Jakby taka kobieta nie zrobiła z całą pewnością robi to źle, a jeśli jest już matką to gromy są w nią ciskane z każdej strony. Autorka niczym się nie przejmuje, robi to co uważa za słuszne i nie boi się głośno wypowiedzieć swojego zdania. Oprócz tego ma po prostu zdrowe podejście do dzieci. Nie jest idealną panią domu, ale wcale nie chce nią być. Chce, aby jej dzieci miały fajne dzieciństwo i myślę, że rzeczywiście tak jest. Ogromnie podziwiam takie podejście do świata, ponieważ ja się jeszcze miotam próbując dogodzić innym ludziom.

Nie jest to wybitna lektura, ale książka, która pozwoli się zrelaksować, oderwać od szarej rzeczywistości i popłakać się ze śmiechu. Na czym polega fenomen Nietypowej Matki Polki na Facebooku? Myślę, że na jej luzie w podejściu do życia. Pisanie bez lukru. Anna Szczepanek pokazuje, żeby tych naszych życiowych przypadków nie brać tak na poważnie, a wtedy życie staje się znośniejsze. Uczy jak się śmiać z samych siebie, zapomnieć o modnych dietach i treningach. Po prostu być sobą i cieszyć się życiem, o czym w dzisiejszych czasach często pamiętają tylko dzieci.

Ocena: 4-/6
Tytuł: 442.Nietypowa Matka Polka
Autor: Anna Szczepanek
Stron: 314
Wydawnictwo: Edipresse
Rok wydania: 2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Edipresse

5 paź 2018

Burka w Nepalu nazywa się sari Edyta Stępczak

Gdy pomyślimy sobie o takim wyraźnym i czytelnym dla każdego symbolu uciemiężenia i zniewolenia kobiet to przed naszymi oczyma od razu staje burka – tradycyjny ubiór muzułmanek. Sari kojarzy nam się z pięknymi kolorami, tkaniną udrapowaną na ciele. Mało kto zdaje sobie sprawę, że za tym egzotycznym kolorytem również kryje się wielkie cierpienie. Edyta Stępczak w swoim reportażu o przewrotnym tytule Burka w Nepalu nazywa się sari udowadnia nam przejmującą prawdę.

Nepal to kraj bardzo niejednolity pod względem religijnym i kulturowym. W zależności od regionu geograficznego mieszkają tam zarówno muzułmanie, hindusi czy buddyści. Religia hinduistyczna ma tam największy zasięg. Przeciętnemu człowiekowi mieszkającemu w Środkowej Europie kojarzy się z czczeniem różnorodnych bóstw, bogiń, świętymi krowami w Indiach i systemem kastowym. Muszę przyznać, że gdy dobrze zastanowiłam się w trakcie lektury książki to właśnie takie aspekty tej religii i kultury przychodziły mi do głowy. Reportaż Edyty Stępczak otworzył mi oczy i to jego największa zaleta. Powinien uświadamiać. Warto po prostu wiedzieć jaki los przypadł w udziale innym ludziom.

Na blisko 400 stronach autorka bardzo rzetelnie opisuje nam realia panujące w Nepalu. Robi to za pomocą rzeczowego języka. Skupia się na życiu kobiet w tym kraju, jednak doskonale zdaje sobie sprawę, że nie da wyjaśnić się ich trudnego położenia bez zrozumienia tamtejszej kultury, religii i mentalności. Aby lepiej nam to wszystko przybliżyć cytuje różnorodne teksty religijne, utwory, wypowiedzi znanych osób. Opisuje święta, tradycje i obrzędy. Maluje nam przed oczami panujące tam realia. To naprawdę kawał dobrej roboty, który robi wrażenie i sprawia, że znacznie łatwiej wyobrazić nam sobie i dostrzec to ogromne cierpienie i niesprawiedliwość jakie muszą znosić kobiety. Edyta Stępczak w swoim reportażu skupia się na wielu okresach i aspektach życia. Pokazuje nam jak wygląda życie małej dziewczynki, jakie niebezpieczeństwa na nią czekają, a z czym musi mierzyć się mężatka czy wdowa. Pod pretekstem religijnego oddania mężczyźni zniewolili kobiety, które nie mogą decydować absolutnie o niczym. Nawet o swoim ciele, ponieważ tutaj rozporządzenia wydaje najpierw ojciec, później brat, kuzyn czy mąż.

Urodzić się kobietą to przekleństwo, to oznaka złej karmy.
To nepalskie przysłowie idealnie opisuje jak traktuje się tam kobiety. Nie sądziłam, że urodzenie się dziewczynki jest tam na tyle źle postrzegane, że zabroniono badań USG mówiących o płci dziecka, ponieważ skutkowało to aborcjami. Teraz w tamtych krajach wykonuje się to po prostu nielegalnie. Wiele razy podczas czytania takich rewelacji musiałam po prostu przerywać lekturę, tak mocno byłam poruszona, zła na świat, a jednocześnie wdzięczna za to co mam. Za możliwość nauki, ubierania się tak jak chce i po prostu komfort decydowania o sobie.
Książka jest poruszająca, podczas czytania niektórych fragmentów dołująca. Po przeczytaniu całości muszę jednak stwierdzić, że wyłania się z niej nadzieja. Sytuacja kobiet jest jeszcze tragiczna, ale już zostały podjęte pierwsze kroki, aby ją poprawić. Autorka spotkała się z wieloma przedstawicielkami różnorodnych fundacji, Nepalkami, które przezwyciężyły swoją własną trudną sytuację i robią coś dla innych. Z niezwykle silnymi postaciami, które chcą, aby ich głos został usłyszany na całym świecie.

Czy polecam? Oczywiście, że tak, bo takie książki po prostu warto czytać, poszerzać horyzonty i zwracać uwagę na los innych ludzi. To kawał rzetelnego reportażu na temat Nepalu, a w szczególności kobiet. Książka, która pomaga nam zrozumieć wiele spraw, która  barwnie opisuje kulturę i mentalność Nepalczyków. Jedna z najlepszych książek jakie przeczytałam w tym roku.

Ocena: 5+/6
Tytuł: 441.Burka w Nepalu nazywa się sari
Autor: Edyta Stępczak
Stron: 395
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak

3 paź 2018

Widzi mi się Zadie Smith

Zadie Smith. Przeczytaliście już jakąś książkę autorki? Jeśli tak to którą? Ja na swoim koncie mam już Swing time, Białe zęby czy O pięknie. W każdej z nich odnalazłam coś szczególnego i wartościowego, a więc bez wahania sięgnęłam po Widzi mi się.

Widzi mi się to zbiór esejów autorki, który powstawał przez osiem lat. Jest nazywany manifestem Zadie Smith i rzeczywiście porusza tematy obecne w jej twórczości. Wszystkie tematy, które w powieściach odnajdujemy w wypowiedziach bohaterów czy pomiędzy wierszami, tutaj są jasno i wyraźnie zaznaczone. Jednocześnie te tematy rasizmu, problemów społecznych to tylko mały wycinek tego co tutaj znajdziemy. Możemy poznać autorkę od zupełnie innej strony, przekonać się ile z własnych doświadczeń życiowych przeniosła do swoich książek i jaka jest prywatnie.

Niezwykle inteligentna, elokwentna i oczytana. To tylko trzy z licznych przymiotów określających autorkę, które nasuwają mi się podczas czytania. Ten zbiór esejów jest znacznie trudniejszy i ambitniejszy niż powieści autorki, dlatego nie polecałabym go na początek. Raczej dla osób, którym już spodobała się jej twórczość. Ja jestem bardzo usatysfakcjonowana tą lekturą. Jej czytanie zajęło mi tydzień, ale to czas, który wzbogaca i rozwija. Zadie Smith pisze tak pięknym i wyszukanym językiem, że nie tylko przyjemnie czyta się jej słowa, ale też czuje się, że to literacka uczta dla mózgu. Ponadto jest bardzo żartobliwie, kąśliwie, jak to u tej autorki co sprawia, że eseje stają się bardziej strawne w odbiorze.

Zadie Smith porusza wiele tematów. Od typowych społecznych problemów obejmujących kwestie rasizmu aż po sztukę. Autorka jest doskonałą obserwatorką świata, wydaje się nic jej nie umykać i absolutnie każda sprawa jest w stanie wywołać u niej jakieś refleksje. Justin Biber, Madonna – osoby medialne, ze świecznika. Dla nas to po prostu mniej lub bardziej lubiane gwiazdy muzyki. Dla niej to tylko początek bardzo ciekawych rozważań, wysnuwania refleksji. Bardzo przyjemnie było mi chociaż na chwilę spojrzeć na świat jej oczami i zobaczyć co tam jej ,, się widzi”.

Jak każdy zbiór tekstów są tutaj dzieła lepsze i gorsze. Według mnie te najlepsze to tym razem nie poruszające kwestie społeczne, ale opisujące sztukę. Sposób w jaki autorka opisała film Anomalisa to coś absolutnie genialnego. Jeszcze w trakcie czytania tej recenzji wyszukałam sobie więcej informacji na jego temat i stwierdziłam, że koniecznie muszę go obejrzeć. Wszystkie emocje, które autorka odczuwała podczas jego projekcji zostały przeniesione do tego tekstu i to jest absolutnie magiczne. Takie samo wrażenie miałam podczas czytania o obrazach czy muzyce. Chciałabym kiedyś choć w  nikłym stopniu zbliżyć się do takiego poziomu pisania, ponieważ było to dla mnie niezwykłe doświadczenie.

Czy polecam? Z pewnością nie każdemu, ponieważ jest to jednak niełatwa literatura. Z pewnością wszystkim fanom Zadie Smith, wielbicielom troszkę cięższej, ambitniejszej literatury. Takiej, która nas wzbogaca, a jej czytanie jest prawdziwą przyjemnością. Myślę, że jesień to idealna pora, aby zmierzyć się z taką lekturą.

Ocena: 4+/6
Tytuł: 440.Widzi mi się
Autor: Zadie Smith
Stron: 400
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak

1 paź 2018

Podsumowanie września

Dzień dobry! Wrzesień skończył się nie wiadomo kiedy, poranki i wieczory zrobiły się chłodniejsze, a drzewa stroją się w żółte i czerwone kolory. Staram się cieszyć każdą porą roku, a więc ogromnie doceniam to piękno natury, które możemy powoli podziwiać za oknem. W październiku znów zaczynam studia, magisterskie, dalej biologia. Jestem ciekawa jak to będzie z czasem, ponieważ teraz mam naprawdę wielkie plany, aby uczyć się regularnie i nie stresować się tak każdym kolokwium. 
We wrześniu przeczytałam 6 książek. To chyba najsłabszy wynik z całego roku. Szczerze, nie mam zielonego pojęcia dlaczego we wrześniu przeczytałam akurat tyle, a w sierpniu znacznie więcej. Może to właśnie ta pogoda, więcej spacerów, podziwiania natury. Wrzesień to też książki, które po prostu bardzo komfortowo mi się czytało, nie chciałam ich zbyt szybko kończyć. 
Królowa cukru to książka, która musiała mi się spodobać. To moje klimaty. Opowiada o kobiecie, która dostaje w spadku plantację trzciny cukrowej. Jest czarnoskóra, a więc w świecie pełnym mężczyzn będzie miała zawsze pod górkę.
Kąpielisko to lektura z gatunku tych komfortowych. Ciepła, oblepiająca, idealna na jesień.
Namaluj mi słońce sprawiła, że płakałam ze wzruszenia, a Czarownice z Manningtree ukazały człowieka znanego jako łowcę czarownic.
Bez słowa ma swoją premierę dopiero w październiku, a więc tym bardziej zapraszam was na recenzję.
Oprócz tego rzutem na taśmę do przeczytanych książek wpadł też zbiór esejów Zadie Smith Widzi mi się. Nie była to prosta lektura, zajęła mi trochę czasu. O moich wrażeniach napiszę wam w środę.
Jak wasz wrzesień? Ile książek przeczytaliście? Która była najlepsza?
Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.