15 paź 2018

3 książki dla dzieci na jesienne wieczory

Gdy wieczory są dłuższe dzieci się nudzą. Rok temu jeszcze nie mieliśmy tego problemu, po prostu synek jesienią i zimą wcześniej kładł się spać. Teraz ma już 2 lata i jeśli w porę nie wymyślę sensownego zajęcia to zrobi to sam i musimy bawić się np. w owijanie w dywan. Ratunkiem dla mnie są książki. Tak się złożyło, że ostatnio rządzą u nas trzy lektury spod szyldu wydawnictwa Nasza Księgarnia. 
Jako pierwszego przedstawię wam Pucia. To ta najgrubsza książka na samej górze stosu. Rodzice z pewnością ją znają, ponieważ seria o Puciu jest jedną z najpopularniejszych wśród książek dla dzieci. Całej reszcie podpowiem, że to świetny pomysł na prezent. Pucio ma w sobie coś takiego, że nasze pociechy za nim szaleją. Jeszcze nie rozgryzłam tego fenomenu. Może to te rysunki pokazujące zwykłe codzienne czynności w stonowanych, nieprzesadzonych kolorach? Pucio śpi, je śniadanie, idzie na zakupy, a dzieci z ogromną chęcią pokazują lub opowiadają co jest na rysunkach. Każda strona została odpowiednio rysunkowo podsumowana, a na końcu mamy takie podsumowanie całej książki. Mój synek z mówieniem ma jeszcze na bakier, ale z chęcią siedzi mi na kolanach i pokazuje różnorodne rzeczy i czynności. 

Tak samo z pozostałymi dwiema książeczkami. O książce Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty już wam pisałam. Po kliknięciu w tytuł zostaniecie odesłani do mojej opinii. To książka pełna ilustracji przedstawiająca świat krasnoludków. Rozwija wyobraźnię, uczy spostrzegawczości. Rok na wsi jest niezwykle podobna, w takim samym formacie. Tylko, że w niej znajdziemy znacznie większą ilość szczegółów. Na początku trochę zachłysnęliśmy się tą ilością. Na dwóch rozłożonych stronach zawsze mamy tutaj miesiąc z życia na wsi. Autorka zadbała absolutnie o wszystko jak prace w polu i ogrodzie, wypoczynek, zwierzęta. Gdy chce się całą książkę obejrzeć od razu to może przytłoczyć tą mnogością szczegółów. Naszą strategią jest teraz omawianie tylko jednego miesiąca, tego który akurat trwa i opowiadanie co się dzieje. Również mieszkamy na wsi, a więc odnoszę się do tego co synek już zna, co ostatnio robił, widział i to zdaje egzamin.
Zaciekawiła was jakaś książeczka? A może wy macie jakąś książkę, którą koniecznie z synkiem musimy przeczytać czy przejrzeć? Mnie kuszą książki z serii Rok w... Jest tam mnóstwo szczegółów, trzeba do nich odpowiedni podejść, ale gdy już dziecko wsiąknie to z taką książką można spędzić kilka godzin. Piszcie, książek nigdy nie za wiele. 

12 paź 2018

Pocieszki Katarzyna Grochola

Zbiory felietonów, opowiadań to zwykle nie moja bajka. Teksty są często nierówne, jeden ogromnie mi się podoba, a inny pozostawia po sobie ogromny niedosyt. Jednak gdy zobaczyłam Pocieszki w zapowiedziach wiedziałam, że dla tej lektury muszę koniecznie zrobić wyjątek. Może to nazwisko autorki zapowiadające, że będzie to ciepła lektura, a może sama idea pocieszek? Koniec końców okazało się, że opowiadania są jakościowo podobne, dobre i nie umiem wybrać faworyta.

Jak sugeruje tytuł Pocieszki mają za zadanie pocieszać nas w trudnych chwilach. Jest ich dokładnie 52, a więc można je sobie dawkować po jednym na każdy tydzień lub zostawić sobie na jakąś życiową zawieruchę. Ja z natury mam słabą wolę, książkę przeczytałam w ciągu dwóch dni, bo jak tu nie pochłonąć czegoś, co sprawia, że na duszy robi nam się po prostu lepiej? Autorka trochę wątpiła w pocieszające właściwości swoich opowieści, a ja myślę, że znakomicie jej się to udało. To taka lektura, do której z przyjemnością się powraca.

O czym pisze Katarzyna Grochola? O życiu. Zwykłym, codziennym losie każdego człowieka. O tym, że czasem tak mocno nie chce się ugotować obiadu, a innym razem zimą nie ma prądu i można zamarznąć w mieszkaniu. Pewnie teraz znajdą się sceptycy, którzy sądzą, że to nic ciekawego. W trakcie czytania można się zdziwić, ponieważ każde to zdarzenie prowadzi autorkę do niezwykle intrygujących przemyśleń, refleksji i zaskakujących chyba nawet ją samą puent. Te ostatnie zdania niejednokrotnie wprawiały mnie w chwilowe zawieszenie swoją oczywistością. Musiałam chwilę sobie pomyśleć by na końcu zgodzić się z autorką. Po lekturze tej powieści widzę, że Katarzyna Grochola świetnie czuje się w takich króciutkich, urzekających i odrobinę przekornych tekstach. Żadnemu nie brakuje treści. Mimo iż, jedno z nich liczyło sobie jedną stronę, a inne trzy lub cztery to za każdym razem były po prostu trafione w punkt. Ciężko wybrać tutaj najlepsze czy ulubione, ponieważ wszystkie pochodzą z realnego życia autorki i jednocześnie każde porusza trochę inne realia naszego życia.

Pocieszki to pochwała codzienności. Drobnych chwil, których celebracja doprowadzi nas do poczucia szczęścia w życiu. Krótkie, ciepłe, żartobliwe, trafiające w punkt. O związkach, dzieciach, życiu. Zaskakujące, sprawiające, że podczas czytania czas troszkę zwalnia, herbata staje się smaczniejsza, a nas zalewa słodka melasa magicznej codzienności.

Ocena: 5/6
Tytuł: 444.Pocieszki
Autor: Katarzyna Grochola
Stron: 362
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: 18.08.2018
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

10 paź 2018

Szczęście za horyzontem Krystyna Mirek

Krystyna Mirek to polska autorka powieści obyczajowych. Ma na swoim koncie już 21 książek. Z wykształcenia jest polonistką, matką czwórki dzieci. Do tej pory przeczytałam tylko jedną historię spod jej pióra – Większy kawałek nieba i wspominam ją z ciepłem i sentymentem. Jak było tym razem?

Justyna mieszka w wielkim mieście, ma świetnego chłopaka, jest w ósmym miesiącu ciąży. Nie jest jednak szczęśliwa. Popełnia straszliwy błąd. Jedną nierozważną decyzję, która przekreśla jej dotychczasowe życie. Jednocześnie los stawia jej na drodze rodzinę mieszkającą na skraju ubóstwa. Czy to pokuta dla dziewczyny?

Cudze chwalicie swego nie znacie. Do takiego wniosku doszłam z obserwatorką na Instagramie. Książka naszej polskiej autorki absolutnie w niczym nie odbiega od powieści obyczajowych wydawanych za granicą. Historia Justyny sprawiła, że na kilka godzin przeniosłam się do zupełnie innego świata, z którego nie miałam ochoty wracać jeszcze na długo po jej zakończeniu.

Szczęście za horyzontem to przede wszystkim powieść niebanalna. Przy ilości wydawanych obecnie książek jest to zdecydowanie wyczyn godny podziwu. Mam wrażenie, że w takich historiach często znajdują się jakieś nierealne, wydumane problemy. Tutaj mamy samo życie i biedę. Tak ogromną i dotkliwą, że członkowie rodziny przedstawionej w książce żyją na skraju ubóstwa. Dzieci nie mają co jeść, w co się ubrać. Są wyśmiewane przez rówieśników w szkole. Właśnie z takimi sprawami spotykamy się każdego dnia, a więc cieszę się, że Krystyna Mirek porusza tematy tak bliskie czytelnikom. Historia ta udowadnia, że ludzie zawsze najpierw oceniają, a nie próbują nawet dociec sedna sprawy. Liczy się tylko to co widać na zewnątrz, a w przypadku biedy łatwo kogoś zaszufladkować. Pomyślmy tylko ile razy widząc kogoś w mocno sfatygowanym ubraniu pomyśleliśmy, że ma kłopoty z alkoholem?
Jak sugeruje tytuł opowieść o Justynie pokazuje, że definicja szczęścia jest dla każdego z nas czymś innym. Nie nam oceniać ludzkie wybory. Dla jednej osoby będzie to spektakularna kariera w zatłoczonym mieście, a dla drugiej spokój rodzinny. Historia ta wlała w moje serce mnóstwo otuchy i ciepła, że gdzieś tam są jeszcze na świecie dobrzy ludzie. Dla jednego czytelnika będzie to bajkowa ułuda. Ja myślę, że są takie trudne sytuacje w naszym życiu, że czasami zachowujemy się zupełnie irracjonalnie, a więc dlaczego decyzje bohaterów nie miałyby się kiedyś komuś przydarzyć. Z resztą codziennie spotykamy się z taką ilością złości, więc czemu by nie pokrzepić serca taką lekturą?

Czy polecam? Mnie ten magiczny klimat jesiennej górskiej scenerii w połączeniu z ciepłem ludzkich serc i odrobiną miłości urzekł całkowicie. Krystyna Mirek posługuje się ładnym językiem, jej historia toczy się spokojnym rytmem. Jest tu samo życie, które przez pewien czas wydaje nam się nawet nudne, by później zaskoczyć nas jakimś problemem czy tragedią. Sztuką jest odnaleźć tę osobę, u której boku przeszkody będą do przezwyciężenia.

Ocena: 5/6
Tytuł: 443.Szczęście za horyzontem
Autor: Krystyna Mirek
Stron: 352
Wydawnictwo: Edipresse
Rok wydania: 19.09.2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Edipresse

8 paź 2018

Nietypowa Matka Polka Anna Szczepanek

Po ciężkich i emocjonujących lekturach potrzebowałam czegoś co mnie odpręży i rozśmieszy. Mój wzrok padł od razu na książkę Anny Szczepanek Nietypowa Matka Polka. Autorka mieszka obecnie w Anglii z czwórką dzieci, mężem i kotami. Prowadzi Facebooka, na którym dzieli się z blisko 300 tysiącami osób tym co się jej w życiu przytrafiło.

O czym pisze autorka? Przede wszystkim o swoim dzieciach. Kto je ma, ten wie, że codziennie dzieje się coś takiego co jest świetnym materiałem na książkę. O mężu i małżeństwie, bo po ślubie to dopiero zaczyna się ciężka praca, aby się wzajemnie nie pozabijać. O służbie zdrowia, a w szczególności porodach, które wyglądają troszkę inaczej niż sobie wszyscy przyszli rodzice wyobrażają. O jej przeprowadzce do Anglii i stereotypowej angielskiej pogodzie, która już zdążyła napsuć jej trochę krwi.

Ta książka jest specyficzna. Muszę to zaznaczyć już na wstępie, ponieważ nie każdemu może przypaść do gustu. Autorka ma nietypowy i trudny do podrobienia styl pisania. Pisze bardzo szczerze, bez owijania w bawełnę, nie boi się używać wulgaryzmów, pisać potocznym, nawet trochę przesadzonym językiem. Po moim zachwycie pierwszymi rozdziałami nadeszło kilka zgrzytów związanych właśnie z tym stylem, który zaczął mnie drażnić. Jestem osobą, której przekląć zdarzy się raz w roku, a więc nie mogłam się tutaj odnaleźć. Okazało się jednak, że z każdym kolejnym rozdziałem czytało mi się już coraz przyjemniej. Książka ta to posty z Facebooka autorki i można zauważyć, że z każdym wpisem robi ona ogromny progres w kwestii pisania. Pozostaje ta charakterystyczna zadziorność, szczerość i ironia, a jednak język staje się coraz lepszy. Na tyle, że już przejrzałam jej najnowsze wpisy i po kolejną książkę sięgnęłabym bez wahania.
Dlaczego tak mi się podoba mimo tych początkowych trudności? Autorka jest we wszystkim szczera, niczego nie ubarwia. W bardzo ironiczny sposób opisuje swoje życie jako żona, matka i kobieta. Każda z tych życiowych ról to ogromna presja społeczeństwa, któremu nigdy nie można dogodzić. Jakby taka kobieta nie zrobiła z całą pewnością robi to źle, a jeśli jest już matką to gromy są w nią ciskane z każdej strony. Autorka niczym się nie przejmuje, robi to co uważa za słuszne i nie boi się głośno wypowiedzieć swojego zdania. Oprócz tego ma po prostu zdrowe podejście do dzieci. Nie jest idealną panią domu, ale wcale nie chce nią być. Chce, aby jej dzieci miały fajne dzieciństwo i myślę, że rzeczywiście tak jest. Ogromnie podziwiam takie podejście do świata, ponieważ ja się jeszcze miotam próbując dogodzić innym ludziom.

Nie jest to wybitna lektura, ale książka, która pozwoli się zrelaksować, oderwać od szarej rzeczywistości i popłakać się ze śmiechu. Na czym polega fenomen Nietypowej Matki Polki na Facebooku? Myślę, że na jej luzie w podejściu do życia. Pisanie bez lukru. Anna Szczepanek pokazuje, żeby tych naszych życiowych przypadków nie brać tak na poważnie, a wtedy życie staje się znośniejsze. Uczy jak się śmiać z samych siebie, zapomnieć o modnych dietach i treningach. Po prostu być sobą i cieszyć się życiem, o czym w dzisiejszych czasach często pamiętają tylko dzieci.

Ocena: 4-/6
Tytuł: 442.Nietypowa Matka Polka
Autor: Anna Szczepanek
Stron: 314
Wydawnictwo: Edipresse
Rok wydania: 2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Edipresse

5 paź 2018

Burka w Nepalu nazywa się sari Edyta Stępczak

Gdy pomyślimy sobie o takim wyraźnym i czytelnym dla każdego symbolu uciemiężenia i zniewolenia kobiet to przed naszymi oczyma od razu staje burka – tradycyjny ubiór muzułmanek. Sari kojarzy nam się z pięknymi kolorami, tkaniną udrapowaną na ciele. Mało kto zdaje sobie sprawę, że za tym egzotycznym kolorytem również kryje się wielkie cierpienie. Edyta Stępczak w swoim reportażu o przewrotnym tytule Burka w Nepalu nazywa się sari udowadnia nam przejmującą prawdę.

Nepal to kraj bardzo niejednolity pod względem religijnym i kulturowym. W zależności od regionu geograficznego mieszkają tam zarówno muzułmanie, hindusi czy buddyści. Religia hinduistyczna ma tam największy zasięg. Przeciętnemu człowiekowi mieszkającemu w Środkowej Europie kojarzy się z czczeniem różnorodnych bóstw, bogiń, świętymi krowami w Indiach i systemem kastowym. Muszę przyznać, że gdy dobrze zastanowiłam się w trakcie lektury książki to właśnie takie aspekty tej religii i kultury przychodziły mi do głowy. Reportaż Edyty Stępczak otworzył mi oczy i to jego największa zaleta. Powinien uświadamiać. Warto po prostu wiedzieć jaki los przypadł w udziale innym ludziom.

Na blisko 400 stronach autorka bardzo rzetelnie opisuje nam realia panujące w Nepalu. Robi to za pomocą rzeczowego języka. Skupia się na życiu kobiet w tym kraju, jednak doskonale zdaje sobie sprawę, że nie da wyjaśnić się ich trudnego położenia bez zrozumienia tamtejszej kultury, religii i mentalności. Aby lepiej nam to wszystko przybliżyć cytuje różnorodne teksty religijne, utwory, wypowiedzi znanych osób. Opisuje święta, tradycje i obrzędy. Maluje nam przed oczami panujące tam realia. To naprawdę kawał dobrej roboty, który robi wrażenie i sprawia, że znacznie łatwiej wyobrazić nam sobie i dostrzec to ogromne cierpienie i niesprawiedliwość jakie muszą znosić kobiety. Edyta Stępczak w swoim reportażu skupia się na wielu okresach i aspektach życia. Pokazuje nam jak wygląda życie małej dziewczynki, jakie niebezpieczeństwa na nią czekają, a z czym musi mierzyć się mężatka czy wdowa. Pod pretekstem religijnego oddania mężczyźni zniewolili kobiety, które nie mogą decydować absolutnie o niczym. Nawet o swoim ciele, ponieważ tutaj rozporządzenia wydaje najpierw ojciec, później brat, kuzyn czy mąż.

Urodzić się kobietą to przekleństwo, to oznaka złej karmy.
To nepalskie przysłowie idealnie opisuje jak traktuje się tam kobiety. Nie sądziłam, że urodzenie się dziewczynki jest tam na tyle źle postrzegane, że zabroniono badań USG mówiących o płci dziecka, ponieważ skutkowało to aborcjami. Teraz w tamtych krajach wykonuje się to po prostu nielegalnie. Wiele razy podczas czytania takich rewelacji musiałam po prostu przerywać lekturę, tak mocno byłam poruszona, zła na świat, a jednocześnie wdzięczna za to co mam. Za możliwość nauki, ubierania się tak jak chce i po prostu komfort decydowania o sobie.
Książka jest poruszająca, podczas czytania niektórych fragmentów dołująca. Po przeczytaniu całości muszę jednak stwierdzić, że wyłania się z niej nadzieja. Sytuacja kobiet jest jeszcze tragiczna, ale już zostały podjęte pierwsze kroki, aby ją poprawić. Autorka spotkała się z wieloma przedstawicielkami różnorodnych fundacji, Nepalkami, które przezwyciężyły swoją własną trudną sytuację i robią coś dla innych. Z niezwykle silnymi postaciami, które chcą, aby ich głos został usłyszany na całym świecie.

Czy polecam? Oczywiście, że tak, bo takie książki po prostu warto czytać, poszerzać horyzonty i zwracać uwagę na los innych ludzi. To kawał rzetelnego reportażu na temat Nepalu, a w szczególności kobiet. Książka, która pomaga nam zrozumieć wiele spraw, która  barwnie opisuje kulturę i mentalność Nepalczyków. Jedna z najlepszych książek jakie przeczytałam w tym roku.

Ocena: 5+/6
Tytuł: 441.Burka w Nepalu nazywa się sari
Autor: Edyta Stępczak
Stron: 395
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak

3 paź 2018

Widzi mi się Zadie Smith

Zadie Smith. Przeczytaliście już jakąś książkę autorki? Jeśli tak to którą? Ja na swoim koncie mam już Swing time, Białe zęby czy O pięknie. W każdej z nich odnalazłam coś szczególnego i wartościowego, a więc bez wahania sięgnęłam po Widzi mi się.

Widzi mi się to zbiór esejów autorki, który powstawał przez osiem lat. Jest nazywany manifestem Zadie Smith i rzeczywiście porusza tematy obecne w jej twórczości. Wszystkie tematy, które w powieściach odnajdujemy w wypowiedziach bohaterów czy pomiędzy wierszami, tutaj są jasno i wyraźnie zaznaczone. Jednocześnie te tematy rasizmu, problemów społecznych to tylko mały wycinek tego co tutaj znajdziemy. Możemy poznać autorkę od zupełnie innej strony, przekonać się ile z własnych doświadczeń życiowych przeniosła do swoich książek i jaka jest prywatnie.

Niezwykle inteligentna, elokwentna i oczytana. To tylko trzy z licznych przymiotów określających autorkę, które nasuwają mi się podczas czytania. Ten zbiór esejów jest znacznie trudniejszy i ambitniejszy niż powieści autorki, dlatego nie polecałabym go na początek. Raczej dla osób, którym już spodobała się jej twórczość. Ja jestem bardzo usatysfakcjonowana tą lekturą. Jej czytanie zajęło mi tydzień, ale to czas, który wzbogaca i rozwija. Zadie Smith pisze tak pięknym i wyszukanym językiem, że nie tylko przyjemnie czyta się jej słowa, ale też czuje się, że to literacka uczta dla mózgu. Ponadto jest bardzo żartobliwie, kąśliwie, jak to u tej autorki co sprawia, że eseje stają się bardziej strawne w odbiorze.

Zadie Smith porusza wiele tematów. Od typowych społecznych problemów obejmujących kwestie rasizmu aż po sztukę. Autorka jest doskonałą obserwatorką świata, wydaje się nic jej nie umykać i absolutnie każda sprawa jest w stanie wywołać u niej jakieś refleksje. Justin Biber, Madonna – osoby medialne, ze świecznika. Dla nas to po prostu mniej lub bardziej lubiane gwiazdy muzyki. Dla niej to tylko początek bardzo ciekawych rozważań, wysnuwania refleksji. Bardzo przyjemnie było mi chociaż na chwilę spojrzeć na świat jej oczami i zobaczyć co tam jej ,, się widzi”.

Jak każdy zbiór tekstów są tutaj dzieła lepsze i gorsze. Według mnie te najlepsze to tym razem nie poruszające kwestie społeczne, ale opisujące sztukę. Sposób w jaki autorka opisała film Anomalisa to coś absolutnie genialnego. Jeszcze w trakcie czytania tej recenzji wyszukałam sobie więcej informacji na jego temat i stwierdziłam, że koniecznie muszę go obejrzeć. Wszystkie emocje, które autorka odczuwała podczas jego projekcji zostały przeniesione do tego tekstu i to jest absolutnie magiczne. Takie samo wrażenie miałam podczas czytania o obrazach czy muzyce. Chciałabym kiedyś choć w  nikłym stopniu zbliżyć się do takiego poziomu pisania, ponieważ było to dla mnie niezwykłe doświadczenie.

Czy polecam? Z pewnością nie każdemu, ponieważ jest to jednak niełatwa literatura. Z pewnością wszystkim fanom Zadie Smith, wielbicielom troszkę cięższej, ambitniejszej literatury. Takiej, która nas wzbogaca, a jej czytanie jest prawdziwą przyjemnością. Myślę, że jesień to idealna pora, aby zmierzyć się z taką lekturą.

Ocena: 4+/6
Tytuł: 440.Widzi mi się
Autor: Zadie Smith
Stron: 400
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak

1 paź 2018

Podsumowanie września

Dzień dobry! Wrzesień skończył się nie wiadomo kiedy, poranki i wieczory zrobiły się chłodniejsze, a drzewa stroją się w żółte i czerwone kolory. Staram się cieszyć każdą porą roku, a więc ogromnie doceniam to piękno natury, które możemy powoli podziwiać za oknem. W październiku znów zaczynam studia, magisterskie, dalej biologia. Jestem ciekawa jak to będzie z czasem, ponieważ teraz mam naprawdę wielkie plany, aby uczyć się regularnie i nie stresować się tak każdym kolokwium. 
We wrześniu przeczytałam 6 książek. To chyba najsłabszy wynik z całego roku. Szczerze, nie mam zielonego pojęcia dlaczego we wrześniu przeczytałam akurat tyle, a w sierpniu znacznie więcej. Może to właśnie ta pogoda, więcej spacerów, podziwiania natury. Wrzesień to też książki, które po prostu bardzo komfortowo mi się czytało, nie chciałam ich zbyt szybko kończyć. 
Królowa cukru to książka, która musiała mi się spodobać. To moje klimaty. Opowiada o kobiecie, która dostaje w spadku plantację trzciny cukrowej. Jest czarnoskóra, a więc w świecie pełnym mężczyzn będzie miała zawsze pod górkę.
Kąpielisko to lektura z gatunku tych komfortowych. Ciepła, oblepiająca, idealna na jesień.
Namaluj mi słońce sprawiła, że płakałam ze wzruszenia, a Czarownice z Manningtree ukazały człowieka znanego jako łowcę czarownic.
Bez słowa ma swoją premierę dopiero w październiku, a więc tym bardziej zapraszam was na recenzję.
Oprócz tego rzutem na taśmę do przeczytanych książek wpadł też zbiór esejów Zadie Smith Widzi mi się. Nie była to prosta lektura, zajęła mi trochę czasu. O moich wrażeniach napiszę wam w środę.
Jak wasz wrzesień? Ile książek przeczytaliście? Która była najlepsza?

27 wrz 2018

Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty Maciej Szymanowicz

Ręka do góry, kto w dzieciństwie wierzył w krasnoludki! Ja oczywiście tak. Po lekturach wielu opowieści o tych psotnych ludkach lubiłam wyobrażać sobie, że te wszystkie dziejące się w naszym domu niewyjaśnione rzeczy to właśnie ich sprawka. Maciej Szymanowicz stworzył książkę właśnie dla takich ludzi jak ja. Dorosłych, którzy oczarowani opowieściami z dzieciństwa o krasnoludkach chcieliby pokazać tych małych pociesznych ludzików swoim dzieciom.

Książka ta została wydana z niezwykłą starannością co rzuca się nam w oczy od razu po otworzeniu. Jest podobna do znanych chyba większości rodziców książek o Puciu czy z serii Rok w … . Twarde strony sprawiają, że książka przetrwa naprawdę wiele zabaw z dziećmi, a zaokrąglone rogi gwarantują im bezpieczeństwo. Grupa docelowa została określona na powyżej 6 lat. Z doświadczenia wiem, że spodoba się również młodszym dzieciom. Im trochę starszym rodzicom także . Wszystko zależy od naszej inwencji i kreatywności, ponieważ książkę można przeglądać na wiele sposobów, wymyślać z nią różnorodne zabawy.

Powiedziałabym, że to encyklopedia krasnoludków. Znajdziemy w niej absolutnie wszystko co chcielibyśmy wiedzieć i opowiedzieć naszym pociechom. Skąd biorą się krasnoludki? Jakie mają zajęcia? Jak spędzają wolny czas, jakie uprawiają sporty i na jakie choroby chorują? Gratuluję autorowi świetnego pomysłu na przetworzenie naszych ludzkich realiów na te krasnoludzkie. Wiedzieliście, że wśród krasnoludków też są himalaiści? Jak myślicie na co się wspinają? Maciej Szymanowicz przedstawił to w tak ciekawy sposób, że nawet dorosły pośmieje się z żartów stworzonych z ilustracji i ich podpisów. To jest największa zaleta tej książki. Świetna zabawa i pomysł na spędzenie czasu z dzieckiem, który będzie później lepiej wspominany niż najdroższe urodzinowe prezenty.

Jak już pisałam książkę zadedykowanao sześciolatkom, ale ja z moim dwulatkiem również świetnie sobie z nią radzimy. Nie ma w niej dużo tekstu, raczej te śmieszne podpisy, które wspólnie czytamy. Później opowiadam synkowi co dzieje się na obrazkach, pytam o niektóre przedmioty. Tak, aby próbował samodzielnego nazywania niektórych rzeczy ( do czego jeszcze nie przejawia chęci), czy aby rozwijać spostrzegawczość (tutaj już zdecydowanie lepiej). Obrazki są bardzo kolorowe, żywe i łatwe do zrozumienia. Szczegółowe, ale w wyważony sposób.

Co mogę jeszcze napisać? Może tylko to, że inne książeczki do oglądania właśnie poszły w odstawkę. Myślę, że to świetny pomysł na zbliżające się wielkimi krokami święta Bożego Narodzenia, wcześniej Mikołajki czy inne rodzinne uroczystości. Już teraz warto rozglądać się za prezentami, a przecież książka to zawsze trafiony wybór. Liczę, że w ciągu tych kilku miesięcy do grudnia będę miała dla was jeszcze mnóstwo takich ciekawych propozycji, które tak jak Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty będę mogła autentycznie polecić.

Ocena: 5/6
Tytuł: 439.Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty.
Autor: Maciej Szymanowicz
Stron: 28
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia

24 wrz 2018

Bez słowa Rosie Walsh przedpremierowo

Bez słowa to powieść, która jeszcze przed polską premierą zebrała mnóstwo pozytywnych opinii. To książka zajmująca pierwsze miejsca na listach bestsellerów. Z jednej strony ta medialna otoczka bardzo mnie kusiła, a z drugiej trochę się jej obawiałam.

Sarah i Eddie spędzili ze sobą siedem idealnych dni jak z bajki. Później przyszła szara rzeczywistość i trzeba było się rozstać. Oboje twierdzili, że będę się dalej spotykać, a więc dlaczego mężczyzna przepadł jak kamień w wodę? Zdrowy rozsądek i przyjaciele podpowiadają Sarah, że była tylko zabawką w rękach znudzonego mężczyzny, ona uparcie twierdzi, że jest inaczej. Co się stało? Czy wspólne życie jest im pisane?

Miałam ogromne oczekiwania wobec książki Bez słowa. Liczyłam zwłaszcza na element zaskoczenia tak wychwalany we wszystkich opiniach. Przez to początek nieznacznie mnie zawiódł. Czytało się szybko dzięki sporej ilości dialogów, a historia Sarah była bardzo ciekawa, jednak nie fenomenalna. Dość szybko okazało się, że po prostu autorka uśpiła moją czujność by w najmniej oczekiwanym momencie dać mi prztyczka w nos i pokazać, że nie wiem nic. Później Rosie Walsh jeszcze kilka razy zawraca akcję o 180 stopni. Pozwala nam myśleć, że już jesteśmy pewni jak historia się zakończy i za chwilę burzy nasze wszystkie domysły. Dawno nie zostałam wyprowadzona w pole aż tyle razy i myślę, że to ogromny, jeśli nie największy plus tej książki.

Jeśli chodzi o bohaterów: Sarah i Eddie to podoba mi się fakt, że nie są oni czarno-biali. W tej historii nic nie jest szablonowe i takie jak nam się wydaje. Zawsze podczas czytania zastanawiamy się nad charakterami postaci, szufladkujemy je i przypisujemy im cechy. W tej historii okazuje się, że przez pryzmat różnych wydarzeń dana osoba jawi nam się zupełnie inaczej i nigdy nie wolno z góry przesądzać kto jest tutaj dobry, a kto zły. Autorka świetnie manipuluje naszymi odczuciami co do bohaterów i zakończenia całej historii. Wprowadza nas nawet w złość i rozdrażnienie.
Ciężko zakwalifikować mi tę książkę do jakiegokolwiek gatunku. Z jednej strony obserwujemy tutaj próbę wyjaśnienia przez Sarah zagadki dotyczącej zniknięcia Eddiego. Czy coś się mu przytrafiło? To brzmi jak ciekawy thriller i rzeczywiście możemy znaleźć tutaj podobne wątki. Jednocześnie to też piękna opowieść o miłości, która nie zna absolutnie żadnych barier czy konwenansów. Ona nie zwraca uwagi na to co się powinno, ale zmusza do posłuchania głosu swojego serca.

Podsumowując… Do książki zostały dołączone chusteczki higieniczne, które rzeczywiście znajdują zastosowanie podczas czytania. Bez słowa to prawdziwy rollercoaster emocji zawierający mnóstwo zwrotów akcji wprawiających czytelnika w konsternację. Nic nie jest tu czarno-białe, nie można jednoznacznie zakwalifikować tej powieści do określonego gatunku czy zauważyć podobieństwa do innej przeczytanej książki. Świeże spojrzenie na lekkie i wciągające powieści, które są obecnie tak popularne.

Ocena: 4+/6
Tytuł: 438.Bez słowa
Autor: Rosie Walsch
Stron: 442
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 01.10.2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

17 wrz 2018

Czarownice z Manningtree Beth Underdown

Motyw czarów, czarownic i polowań na nie rozgrzewa ludzkie umysły już od dawna. Bardzo często swoją premierę mają powieści o tych tematach. Lubicie takie lektury? Ja z przyjemnością sięgnęłam po Czarownice z Manningtree.

Alice jest młodą wdową, która po latach wraca do rodzinnego miasteczka, do domu brata. Oprócz niego nie ma już nikogo. Okazuje się też, że Matthew ogromnie się zmienił. Spotyka się z dziwnymi ludźmi, spisuje coś w swoim notatniku. W miasteczku zaczynają krążyć plotki o czarownicach i organizowanym na nie polowaniu. Jednocześnie Alice dowiaduje się, że ich życie zostało zbudowane na kłamstwach i tajemnicach.

Historia przedstawiona w książce została osnuta na kanwie losów realnej postaci Matthew Hopkinsa działającego w XVII wieku. Człowiek ten sam nazwał się łowcą czarownic. Co sprawiło, że postać ta nosiła w sobie aż tyle nienawiści by zadać tyle okrucieństw? Muszę przyznać, że autorka bardzo zgrabnie łączy realne fakty i fikcję. Przekonująco opowiada o dzieciństwie Mathhew’a i jego siostry Alice. Snuje przypuszczenia o wpływie lat dziecięcych na osobę jaką stał się przyszły łowca czarownic. Podoba mi się, że z tych strzępków informacji jakie pozostawił po sobie Mathhew udało stworzyć się tak ciekawą powieść o obsesji i tragedii wielu kobiet. To przerażające, że często sąsiedzkie niesnaski w rękach takiego człowieka jak Hopkins przeradzały się w skazanie na śmierć kilkudziesięciu kobiet.

Alice – narratorka całej historii to postać stworzona przez autorkę. Jej losy pozwalają nam zobaczyć jakie zacofanie i brak wiedzy w dziedzinie ludzkiej seksualności panowały w tamtych czasach. Kobiety, które wiedziały więcej, znały się na ziołolecznictwie tępiono i nazywano po prostu czarownicami. Myślę jednak, że kreacja głównej bohaterki to coś o co mogłabym się doczepić. Realia były wtedy inne, doskonale to rozumiem. Wiele kobiecie po prostu nie przystało. Alice mogłaby być jednak bardziej charakterna czy zadziorna. Taka, która walczyłaby choć troszkę o swoje, ponieważ miała ważny powód. Ostatecznie wyszło trochę nijako. Książka ta to debiut autorki i myślę, że jeszcze się w tej dziedzinie podszkoli. Za to Mathhew, mimo tego, że to czarny charakter został znacznie lepiej i ciekawiej wykreowany. Ta postać nie daje o sobie zapomnieć. Być może zadziało się to przez fakt, że człowiek ten żył naprawdę.
Przejdźmy jednak do zalet i subtelnej atmosfery niepokoju i grozy, która czytana w nocy stwarza ciekawy klimat. Matthew obsesyjnie wierzy w demony i diabliki. Alice wątpi, jednak wielu z wydarzeń nie da się racjonalnie wyjaśnić i ten niepokój, wątpliwości udzielają się również czytelnikowi.

Podsumowując, Czarownice z Manningtree to ciekawa historia o człowieku ogarniętym olbrzymią obsesją i szaleństwem oraz o rodzinnym środowisku, które go ukształtowało. Przez klimat jest to książka idealna na długie jesienne wieczory. Takie historie chyba nigdy mi się nie znudzą i nie przestanę czuć rozgoryczenia na myśl jak traktowano kobiety kilka setek lat temu.Ocena: 4/6
Tytuł: 437.Czarownice z Manningtree
Autor: Beth Underdown
Stron: 374
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

12 wrz 2018

Namaluj mi słońce Gabriela Gargaś

Gabriela Gargaś to jedna z moich ulubionych polskich autorek. Jej historie zawsze doprowadzają mnie do łez, troszkę emocjonalnie męczą. Jak było tym razem?

Sabina ma dość nietypową pracę. Jest przyjaciółką do wynajęcia. Nic zdrożnego, po prostu rozmawia, wysłuchuje, towarzyszy w kawiarni czy restauracji samotnym, smutnym ludziom, którzy w życiu się pogubili. Sama również jest podobna do swoich klientów. Codziennie towarzyszy jej ogromna samotność, do której nikomu się nie przyznaje. Pewnego dnia w parku poznaje Marysię – dziewczynkę jak promyk słońca, która nie ma mamy, a jej ojciec Maks okazuje się niezwykle przystojnym mężczyzną.

Namaluj mi słońce to sprawczyni mojego rozkojarzenia i niewyspania. Przeczytałam ją w ciągu jednego dnia, a właściwie nocy. Dziecko smacznie spało, mąż też, a ja zagłębiałam się w pokręcone losy Sabiny i Maksa. Oboje są ludźmi poranionymi przez życie, zwłaszcza trudne dzieciństwo. Ojciec Maksa był alkoholikiem, który nie potrafił okazywać uczuć i zaszczepił tę wadę w swoim dziecku. Z Sabiną utożsamiłam się całym sercem. Dziewczyna z mnóstwem kompleksów. W czasach szkolnych walczyła z nadwagą i chociaż teraz wygląda zupełnie inaczej to ta zakompleksiona dziewczynka ciągle w niej siedzi. Czy na takich ruchomych posadach da się zbudować miłość? Dla ludzi, którzy nie pokochali jeszcze samych siebie będzie to ogromnie trudne.

Największym plusem tej opowieści jest jej realność, nie oczywistość. Jak to w życiu bywa nic nie jest czarno-białe. Po okresach słońca i spokoju przychodzi burza i zawirowania. Autorka pokazuje prawdziwy związek, w którym ludzie popełniają błędy mogące wszystko zniszczyć. Niejednokrotnie po prostu przeklinałam w myślach bohaterów, ich zachowanie, a jednak po przeczytaniu całości jestem usatysfakcjonowana rozwojem wypadków. Dlaczego? Ponieważ każde uczucie czeka wiele niepowodzeń, wzlotów i upadków i często sami nie zdajemy sobie sprawy jak zachowamy się w danej sytuacji.

Kolejnym atutem historii jest jedna z postaci – Marysia. Skradła moje serce od pierwszych stron. To rezolutna, wrażliwa i zabawna dziewczynka, bez której cała historia nie byłaby już taka sama. Jeśli chodzi o kreacje Sabiny i Maksa to nie ma tutaj co liczyć na rozbudowane psychologiczne rysy, jednak autorka daje nam odczuć jakby byli to ludzie z krwi i kości. W trakcie czytania mamy wrażenie, że to nasi dobrzy znajomi, jesteśmy z nimi zżyci na tyle, że w pewnym momencie nie sposób nie uronić kilka łez wzruszenia.

Ogromnie lubię styl pisania autorki. Lekki, sporo w nim dialogów, na tyle, że byłam w stanie przeczytać ją trakcie jednego dnia, a jednocześnie mnóstwo tu pięknych, poetyckich cytatów o miłości, życiu i samotności. Zmuszają do refleksji i zastanowienia się nad tym co w życiu ważne.

Namaluj mi słońce to namiętna historia o miłości i samotności w tłumie ludzi tak często spotykanej w naszych czasach. O tym, że ludzie często popełniają błędy. Emocjonalna, poruszająca. Do zadumania się i popłakania. Autorka na swoim Instagramowym profilu poinformowała, że skończyła prace nad kolejną powieścią, a ja już wiem, że będę chciała ją przeczytać. Te emocje, łzy, denerwowanie się na bohaterów, które serwuje mi Gabriela Gargaś są czasami potrzebne.

Ocena: 5/6
Tytuł: 436.Namaluj mi słońce
Autor: Gabriela Gargaś
Stron: 446

Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2018 (wznowienie)
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Filia

10 wrz 2018

Kąpielisko Libby Page

Publiczne kąpielisko. Dziura w ziemi wypełniona wodą. Czy książka o nim opowiadająca ma szansę zachwycić i zaciekawić czytelnika? Coś jest w tej historii, jej opisie, że od początku mnie do siebie przyciągała. Jaka była to lektura?

Katy to samotna młoda kobieta, dziennikarka. Mieszka w Londynie, dzielnicy Brixton i jest w tym miejscu nieszczęśliwa i zagubiona. Rosemary ma za to 86 lat i żyje pełnią życia. Każdego dnia spotyka się ze swoimi przyjaciółmi i pływa na pobliskim kąpielisku. Gdy miejsce to przestaje przynosić dochody władze miasta postanawiają ją sprzedać lokalnemu deweloperowi. Kobiety chcą wspólnie walczyć o pływalnię, a dzięki temu zyskują ogromną przyjaźń i życiową naukę.

Lubicie czytać ciepłe, optymistyczne i pozytywne historie? Takie, które oblepiają naszą duszę niczym kojący syrop i sprawiają, że jest nam po prostu dobrze, jesteśmy zrelaksowani i wyciszeni. Ich czytanie sprawia przyjemność i wprawia w miłe odrętwienie. Nie wiadomo czy tę dobroć sobie dawkować czy połknąć ją od razu. Właśnie takie emocje towarzyszyły mi podczas lektury Kąpieliska i właściwie mogłabym tutaj już mój wywód zakończyć. To książka, którą nazwałabym mianem komfortowej.

Kąpielisko nie jest historią o dziurze w ziemi, ale o ludziach, ich relacjach i społeczności, która potrafi się zjednoczyć w ważnej sprawie. We współczesnym świecie ludzie utracili zdolność rozmawiania ze sobą, zwłaszcza młodzi. Katy żyje w wielkim mieście, nikogo tam nie zna. Po pracy szybko przemyka do mieszkania, aby podgrzać w mikrofalówce jakieś gotowe danie. Nie zauważa, że w jej dzielnicy istnieje pływalnia, która jest spoiwem łączącym wielu ludzi. Każdy z nich przychodzi pływać z innego powodu. Jeden jest samotny, Rosemary wspomina minione lata. To przepiękne, że jeszcze istnieją miejsca gdzie ludzie się spotykają i ze sobą rozmawiają i wspaniale o nich czytać.
Kąpielisko to ciepła opowieść o wielkiej przyjaźni, samotności i starości. Dla mnie to też przepiękna historia wielkiej i dojrzałej miłości. Retrospekcje traktujące o Rosemary i jej mężu byłe genialne i wywołały u mnie łzy wzruszenia. Kąpielisko odgrywa w tej relacji zawsze ogromną rolę. Ta książka pokazuje, że miłość trzeba pielęgnować bez względu na staż, zawsze okazywać sobie czułość i zdobywać na szaleństwa. Przepiękna relacja.

Prosty język, temat też, a jednak autorka stworzyła magiczną opowieść o codzienności. Kreacje dwóch głównych bohaterek zostały ciekawie nakreślone, zwłaszcza Kate jest postacią zmuszającą do zastanowienia się nad swoim życiem.

Czy polecam? Oczywiście. Nie ma tu wartkiej akcji, nie jest to też lektura, która odmieni wasze życie. To po prostu komfortowa jak już określiłam wcześniej, ciepła i optymistyczna powieść. Książka jak balsam na duszę traktująca o społeczności, ludzkich skomplikowanych relacjach, samotności i wielkiej miłości. Cieszę się, że mogłam po nią sięgnąć.

Ocena:5/6
Tytuł: 435.Kąpielisko
Autor: Libby Page
Stron: 405
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

4 wrz 2018

Królowa cukru Natalie Baszile przedpremierowo

recenzja przedpremierowa
Czarne skrzydła, Sekretne życie pszczół, Podmorska wyspa. Lubię książki tego typu i już wiele razy was do nich przekonywałam. Gdy dowiedziałam się o premierze Królowej cukru wiedziałam, że będę musiała po nią sięgnąć, a gdy dotarł do mnie egzemplarz przedpremierowy od razu zaczęłam lekturę. Jak mi się spodobało?

Charley Bordelon jest wdową, wychowuje samotnie swoją córkę. Pewnego dnia otrzymuje niezwykły spadek – plantację trzciny cukrowej na Południu Stanów Zjednoczonych. Postanawia się przeprowadzić i nie dopuścić, aby własność została jej odebrana. Nie zastanawia się nad tym, że nie dość, że jest kobietą, której będzie bardzo ciężko samej na farmie, to jest jeszcze czarnoskóra, co z pewnością nie spodoba się wielu mieszkańcom Południa. Czy Charley sobie poradzi? Jakie trudności będzie musiała przezwyciężyć?

Epicka, klimatyczna, poruszająca. Powieść Królowa cukru nie miała jeszcze swojej premiery, a już można wiele o niej przeczytać. Muszę zgodzić się z tymi słowami, ponieważ to książka, która ogromnie wciąga i nie daje o sobie zapomnieć. Najlepiej niech odwzoruje to fakt, że czytałam ją już wieczorem i nie miałam serca odłożyć dopóki nie przeczytam ostatniej strony. Na uwagę zasługuje przede wszystkim fakt, że to debiut autorki. Jestem ciekawa jak się rozwinie i kiedy będziemy mogli przeczytać jej kolejną powieść. Natalie Baszile posługuje się prostym językiem, ale jednak barwnym i wspaniale opisującym pracę na plantacji, umiłowanie ziemi. Przyjemnie się to czyta.

Królowa cukru to klimatyczna opowieść o tożsamości, różnicach społecznych i rasizmie. Myślimy, że czasy niewolników, plantacji i okrucieństwa odeszły w zapomnienie. Autorka na podstawie swojej książki pokazuje, że po prostu przejawia się to inaczej niż kilkadziesiąt lat temu. W małych społecznościach osoba o innym kolorze skóry niż większość jest jeszcze traktowana z nieufnością, a często nawet pogardą. Charley, która wcześniej żyła w wielkim mieście, gdzie żyli ludzie wywodzący się absolutnie z każdej kultury świata przeżywa ogromny szok gdy widzi jak traktowani są czarnoskórzy mieszkańcy Luizjany. Ona sama spotyka się z wieloma niesprawiedliwościami i ma po prostu pod górkę. Podoba mi się, że autorka pokazuje czasy nam współczesne. Spora ilość książek tego typu traktuje o przeszłości, a jak się okazuje w dziedzinie uprawy trzciny cukrowej zbyt wiele przez lata się nie zmieniło i historia dotycząca takiej plantacji może być również niezwykle barwna i poruszająca.

Problemy z nietolerancją, wspaniały klimat, odrobina miłości – wszystko to znajdziemy w tej książce. Ja, odnalazłam tu jedynak przepiękną opowieść o kobiecej sile. Charley to dziewczyna z miasta, nie ma pojęcia o pracy na plantacji. A jednak chce pokazać jaka jest silna. To niezwykle charyzmatyczna i charakterna postać, nie boi się bronić swojego honoru i racji. W świecie zdominowanym przez mężczyzn jest to kilkukrotnie trudniejsze. Nasza bohaterka musi mierzyć się z szowinizmem i rasizmem. Jak mężczyzna każdego dnia wstaje i pracuje aż do utraty sił. Ogromnie lubię takie silne kobiece charaktery, które nie dadzą sobie w kaszę dmuchać, a jednocześnie można się od nich czegoś nauczyć. Udała się ta postać autorce.
W Królowej cukru odnalazłam też przepiękną miłość do ziemi, jej pochwałę, która to w wielkim stopniu tworzy klimat całej powieści. Dla plantatora ziemia, działka to coś co ma najważniejsze. To ona jest w stanie zapewnić mu godziwy byt. Szansę na sukces ma jednak tylko wtedy gdy ją zrozumie i pokocha. Ci, którzy nastawiają się tylko na zysk mało osiągną. Urzekł mnie w szczególności fragment traktujący o smakowaniu ziemi, wąchaniu jej zapachu, aby dowiedzieć się jaką historię ma nam do opowiedzenia i co trzeba zrobić, aby należycie się nam odwdzięczyła.

Czy polecam? Oczywiście, że tak. To piękna, klimatyczna, epicka opowieść o kobiecie, która nie bała się iść swoją ścieżką w życiu. Wszyscy spisali ją już na straty, skazali na porażkę, rzucali kłody pod nogi. Na podstawie książki powstał serial i rzeczywiście podczas czytania myślałam sobie, że ma ona ogromny potencjał, aby ją zekranizować. Z chęcią też go obejrzę. Myślę, że po książkę może sięgnąć absolutnie każdy. Fan książek tego typu będzie miło zaskoczony współczesnymi realiami. Ci, którzy lubią klimatyczne powieści o poszukiwaniu własnej tożsamości i drogi w życiu także się nie zawiodą. Inni dzięki niej zastanowią się nad problemem nietolerancji nie tylko na tle rasowym, ale też dotyczącej płci. Polecam!
Ocena: 5+/6
Tytuł: 434.Królowa cukru
Autor: Natalie Baszile
Stron: 512
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: 19.09.2018
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Literackie 😊

3 wrz 2018

Podsumowanie sierpnia

Uczniowie mają dzisiaj rozpoczęcie roku szkolnego, a więc najwyższa pora podsumować sierpień i powziąć odpowiednie plany na wrzesień.
We sierpniu przeczytałam 8 książek. Nie jest to wynik nawet przypominający ten świetny z lipca, ale jak zwykle jestem z niego zadowolona. Sierpień był czasem przygotowań do 2 urodzin mojego synka, a więc było mnóstwo zakupów, gotowania i to pochłonęło mnóstwo czasu. W sierpniu starałam się też bardziej regularnie pisać nowe posty. Jestem na dobrej drodze do tego, aby było tu coś nowego aż trzy razy w tygodniu. 
W sierpniu zaproponowałam wam 3 klimatyczne książki, które świetnie nadają się do czytania podczas jesiennych wieczorów. 
Przeczytałam dwie książki od wydawnictwa Marginesy. Jedna i druga opowiadają o rodzinnych tajemnicach, namiętnościach i zdradach, poszukiwaniu własnej tożsamości, czyli absolutnie moje klimaty - Pół życia i Wszystkie kwiaty Alice Hart.
Życie bez ciebie to książka z mojej ulubionej serii Kobiety to czytają. Jak zwykle było mnóstwo refleksji i emocji.
Dla wielbicielek lekkich i śmiesznych lektur mam dwie książki od Penny Reid - Randka z homo sapiens i Przyjaciele bez bonusu.
W końcu przeczytałam leżakującą na mojej półce najnowszą powieść Mai Lunde - Błękit
Miałam też swój pierwszy raz z współczesną poezją. Nie było idealnie, ale z pewnością sięgnę po kolejne tomiki poezji - Depresja i inne magiczne sztuczki.
Miałam również przyjemność przeczytania książki przyrodniczej o drzewach, która trzymała w napięciu jak thriller - O drzewach, które wybrały Tatry. 
Na wrzesień mam zaplanowane przede wszystkim zadbanie o swoje zdrowie. Wiecie, wakacje -więcej czasu i miałam odwiedzić kilku lekarzy. Obudziłam się teraz. Nie ma już odwrotu i zwlekania, bo jako kobieta, matka i żona mam dla kogo badać się regularnie. Chciałabym też znów zabrać się za dietę, ćwiczenia. Oczywiście zaplanować kilka wpisów na zapas, bo gdy zacznę studia magisterskie czasu pewnie znów zrobi się mniej. 
Jakie są wasze sierpniowe wyniki? A plany na wrzesień?

Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.