14 sie 2019

Siedmiu mężów Evelyn Hugo Taylor Jenkins Reid

-Charyzmatyczna i charakterna. Kobieta, która potrafi dążyć po trupach do celu.
-Seksowna i magnetyczna. Przyciągająca spojrzenia zarówno kobiet jak i mężczyzn.
Taka jest Evelyn Hugo – gwiazda Hollywood, ikona wszech czasów.
Gdy Monique dostaje propozycję przeprowadzenia wywiadu z Evelyn Hugo, słynną autorką myśli sobie, że będzie to tylko krótka rozmowa na temat mającej się odbyć aukcji sukien. Nie sądzi, że jej zadaniem będzie spisanie biografii Evelyn. Wszystkich cieni i blasków jej sławy. Burzliwych związków. Kogo Evelyn Hugo kochała naprawdę? Jakie szczegóły będzie zawierała biografia skoro Monique może opublikować ją dopiero po śmierci aktorki?

Muszę przyznać, że pierwsze strony tej książki nie tak od razu mnie wciągnęły. Fragmenty dotyczące Monique zdecydowanie nie są najmocniejszą stroną tej powieści, jednak myślę, że to celowy zabieg mający na celu pokazania życie zwykłej, szarej dziennikarki. Stopniowo stery trzymające w ryzach całą opowieść przejęła Evelyn Hugo i w tym momencie ta historia zaczęła ożywać. Miałam wrażenie, że tytułowa postać to nie bohaterka fikcyjna, ale aktorka, która żyła naprawdę, grała w najbardziej kasowych produkcjach złotej ery Hollywood i przeszła do historii kina. To wrażenie było niezwykłym doświadczeniem i mogłam je odczuć aż do ostatniej strony. Podoba mi się subtelny sposób, w jaki autorka łączy realia show-biznesu tamtych czasów z wymyślonymi bohaterami. Zamazuje cienką granicę między fikcją, a rzeczywistością.

Największą zaletą tej historii jest zdecydowanie jej główna bohaterka. Autorka stworzyła niezwykle charakterną postać z krwi i kości. Osobę, która ma zarówno wady jak i zalety. Evelyn nie jest mdłą i delikatną kobietą. Jej postępowanie wiele razy wzbudza u czytelnika oburzenie czy wręcz obrzydzenie, a jednak myślę, że to duża zasługa stworzyć postać tak realną i prawdziwą, której postępowanie będzie wywoływało emocje. Z resztą po poznaniu całej tej burzliwej historii może nie pochwalam wszystkich występków głównej bohaterki, ale całkowicie je rozumiem. To jedna z najciekawszych kobiecych postaci jakie miałam okazję spotkać w książkach. Jakie były kulisy jej kariery? Dlaczego miała aż siedmiu mężów i którego z nich kochała naprawdę? Na jakie wyrzeczenia musi zdobyć się osoba żyjąca na świeczniku? Nie chcę za wiele zdradzić, ale mogę wam zagwarantować, że wiele razy będziecie mocno zaskoczeni dalszym przebiegiem akcji.

Siedmiu mężów Evelyn Hugo to powieść, która wciąga. Na tyle, że czyta się ją bardzo szybko, nawet zachłannie. Zarwałam dla niej noc, by przeczytać 300 stron i dowiedzieć się jak ostatecznie zakończy się cała książka. To idealna historia dla osób lubiących czytać o sławnych osobach, pikantnych smaczkach z ich życia ( nie odczujecie, że Evelyn jest postacią fikcyjną). Jest w niej sporo dialogów przez co przez kolejne strony po prostu się płynie i pretenduje do jednej z lepszych propozycji książkowych na lato. Ja gorąco polecam.
Ocena: 5/6
Tytuł: 512.Siedmiu mężów Evelyn Hugo
Autor: Taylor Jenkins Reid
Stron: 534
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona

10 sie 2019

Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem. Co robi Pucio? Marta Galewska-Kustra

Któż z nas nie słyszał kiedykolwiek o Puciu? Myślę, że nawet osoby nieposiadające dzieci gdzieś widziały tego niezwykle sympatycznego bohatera. Moje rozmowy z wami na Instagramie tylko to potwierdzają. Ta seria to prawdziwy fenomen w literaturze dziecięcej, ponieważ dzieci rzeczywiście kochają Pucia, a ciekawe książeczki skłaniają do wchodzenia w świat mowy i wyrazów.

Dwie książeczki ze zdjęcia to Co robi Pucio? oraz Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem. Są dedykowane młodszym dzieciom, ale myślę, że każdy rodzic będzie najdokładniej wiedział w którym momencie rozwoju przydadzą się jego potomkowi. Pisałam już o tym wiele razy – moje dziecko zaczęło mówić w wieku 2,5 lat, a więc u nas te książeczki idealnie sprawdziły się w tym czasie. Po czterech miesiącach jesteśmy już na etapie budowania zdań, ale teraz w dalszym ciągu przeglądamy je na zmianę z dużą wersją Pucio mówi pierwsze słowa.

Mały format sprawia, że idealnie sprawdzą się one na spacerze, w podróży, podczas zabawy na dworze. Wszędzie tam, gdzie dodatkowe kilogramy, które musi dźwigać rodzic bardzo się liczą. Przyznam się, że nam w ferworze wakacyjnych podróży gdzieś się te książeczki zawieruszyły, a więc piszę o nich dopiero teraz, a i dla mojego dziecka są od nowa bardzo interesujące. Zabawy gestem i dźwiękiem wprowadzają dziecko w świat samogłosek, wyrazów dźwiękonaśladowczych i prostych sylab. Angażuje do wspólnej zabawy poprzez dotykanie ilustracji paluszkami, prowadzenia ich po linii. Za to Co robi Pucio? to nazywanie codziennych czynności i rzeczy z nimi związanych. Więcej wyrazów dźwiękonaśladowczych czy najprostszych nazw przedmiotów możemy znaleźć w poprzednich, większych wersjach książeczek, jednak myślę, że te są świetne na początek. Na przekonanie się czy dziecko zapała do Pucia miłością tak jak już wiele dzieci przed nim.

Cóż jeszcze można dodać? Jako matka, która kocha książki i jeśli nie przegląda ich razem z dzieckiem to chociaż spaceruje wśród księgarnianych półek dotyczących literatury dla dzieci myślę, że w biblioteczce dziecka musi znaleźć się prędzej czy później jakaś książeczka z serii o Puciu. Tym bardziej, że z tego co mi wiadomo już za niecały miesiąc na rynku ma pojawić się kolejna książka Pucio umie opowiadać. Czuję, że to też będzie hit.
Ocena: 5/6
Tytuł: 511.Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem. Co robi Pucio?
Autor: Marta Galewska-Kustra
Stron: 28, 28
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia

7 sie 2019

Sekret Heleny Lucinda Riley

Imię i nazwisko Lucindy Riley obijały mi się o uszy już ładnych parę lat. Wszyscy polecali, zachwalali. Oprócz tego, książki jej autorstwa to historie typowo w moim klimacie, pełne rodzinnych intryg i tajemnic. Dlaczego sięgnęłam po jej twórczość dopiero teraz? Myślę, że troszkę obawiałam się tych pełnych pochwał recenzji. Na szczęście były prawdziwe i mi też Sekret Heleny mocno przypadł do gustu.

Helena to stateczna matka i żona z dziesięcioletnim stażem. Jej mąż Wiliam jest chodzącym ideałem, który toleruje fakt, iż jego ukochana nigdy nie zdradziła mu tożsamości ojca jej pierwszego syna – Alexa. Chłopak także o niczym nie wie, choć każdego dnia się nad tym zastanawia. Wakacje na Cyprze, w rodzinnej posiadłości Pandora zaowocują nie tylko ponownym spotkaniem pierwszej miłości Heleny, ale też rozdrapaniem wielu zabliźnionych już ran i uwolnieniu jak z legendarnej puszki Pandory wielu tajemnic i sekretów.
(...) czego nauczyłem się w te wakacje?Że są różne rodzaje miłości i że miłość zjawia się w różnej formie i postaci.Można na nią zasłużyć, ale nie można za nią zapłacić.Można ją dać, ale nigdy nie można jej kupić.I kiedy jest prawdziwa, nic jej nie pokona.Taka jest miłość.
Lucinda Riley (z książki Sekret Heleny)


Rodzinne tajemnice.
Wartka akcja.
Przenikanie się przeszłości z teraźniejszością.
Urokliwy, magiczny Cypr.
Czyż nie brzmi to jak świetna powieść? Dla mnie zdecydowanie tak i każdy z tych elementów zadecydował, że czytało mi się po prostu wspaniale, a sama lektura zajęła mi tylko dwa dni. Sekret Heleny to opowieść tocząca się na różnych płaszczyznach czasowych. Syn głównej bohaterki – Alex powraca do Pandory , a podczas pobytu na Cyprze czyta swój dziennik pisany 10 lat temu i cofa się we wspomnieniach do wydarzeń, które nieodwracalnie zmieniły życie członków jego rodziny. Jednocześnie śledzimy tu też losy młodej Heleny, wszystko to co doprowadziło ją do punktu, w którym się teraz znajduje. Gdy próbuję wam to trochę przybliżyć, nawet mnie samej wydaje się to mocno zakręcone i zagmatwane. Jest zupełnie inaczej. Przez kolejne strony po prostu się płynie. Na każdej kartce czekają na nas jakieś zaskakujące fakty z życia członków rodziny Heleny i jej samej. Liczyłam tutaj na sporą dawkę zagadek, jednak nie sądziłam, że Lucinda Riley zafunduje mi taki emocjonalny rollercoaster. Wszystko przez to, że bohaterowie nie są czarno-biali, płascy i sztuczni. Wprost przeciwnie – to ludzie z krwi i kości, mający wady i zalety. Tacy, z którymi można się naprawdę zżyć i kibicuje się im niezależnie od ich postępowania. Bardzo mocno przeżywałam całą tę historię, wprost nie mogłam się od niej oderwać. Na tyle, że zamiast szykować się na rodzinną uroczystość pochłonęłam 200 stron.

Sporym plusem tej historii jest styl pisania autorki. Opisy urokliwego Cypru, ciepłych, magicznych wieczorów, pełnych śpiewów i tańca zawładnęły moim umysłem. Za to dialogi były bardzo naturalne, szczere, brak im sztuczności i przesady, na które już nie raz natknęłam się podczas czytania innych historii.

O czym jeszcze warto wspomnieć? Myślę, że dziennik Alexa to kolejny mocno argument przemawiający za sięgnięciem po tę książkę. Najstarszy syn Heleny jest wyjątkowy – ma niezwykle wysoki iloraz inteligencji, przez co spotyka się z niezrozumieniem ze strony rówieśników, ale jednocześnie jest doskonałym obserwatorem. Od dawna zastanawia się nad tożsamością swojego biologicznego ojca i obejrzenie tej rodzinnej zawieruchy jaka wydarzy się w Pandorze jego oczyma nadaje tej historii znacznie więcej kolorytu i treści.

Ogromnie wam ją polecam. W przypadku tej powieści wszystkie opinie nie są przesadzone. Autorka dobrze pisze i widzę, że naprawdę czuje się jak ryba w wodzie w tego typu powieściach. Wszyscy miłośnicy rodzinnych sekretów, które rzutują na całą przyszłość bohaterów będą z pewnością zadowoleni tak jak ja.
Ocena: 5/6
Tytuł: 510.Sekret Heleny
Autor: Lucinda Riley
Stron: 509
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Albatros

5 sie 2019

Wyspa potępionych. Prawdziwa historia wyspy Blackwell Stacy Horn

XIX-wieczny Nowy Jork. Miasto, które w tym czasie rozkwita, rozrasta się. Pojawiają się w nim elektryczne latarnie. Dla większości ludzi, którzy do niego wtedy przyjeżdżają jawi się jako miejsce ze snów. Nie dla wszystkich, ponieważ pod płaszczykiem dobrych chęci, przy udziale korupcji i oszustw stworzono miejsce przypominające piekło na Ziemi. Wyspa Blackwell to wąski skrawek lądu, na którym wybudowano szereg zabudowań mających na celu odizolowanie osób obłąkanych, kryminalistów, chorych i ubogich od reszty społeczeństwa. Ludzie, którzy każdego dnia doznawali upokorzeń i cierpienia mogli tylko obserwować tętniące życiem miasto podczas gdy sami byli zamknięci na wyspie.

Reportaże, literatura faktu to nie jest coś po co sięgam często. Na takie książki muszę mieć odpowiedni nastrój, chęć, ale zwykle jeśli już na coś trafię okazuje się dobre i wywołujące sporo emocji. Najczęściej smutnych i dołujących. Wyspa potępionych. Prawdziwa historia wyspy Blackwell zdecydowanie należy do kategorii dobrych książek. Myślę, że to jedna z najlepszych lektur w tym roku i zachęcam każdego do jej przeczytania.

Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Podczas czytania cały czas tłukło mi się po głowie to powiedzenie, ponieważ najmocniej zdumiewał mnie fakt, iż pierwotnym zamysłem pomysłodawców stworzenia kompleksu budynków na Wyspie Blackwell była szczera chęć niesienia pomocy. Sądzono, że dzięki fachowej obsłudze i wśród pięknych warunków przyrodniczych, chorzy, kryminaliści i ubodzy będą mieli szansę na powrót do normalnego życia. Zawiodło wszystko. Poczynając od kwestii niedokończonych budynków, małej ilości jedzenia, kończąc na niewykwalifikowanym personelu i wszechobecnej korupcji. To przerażające, że na wyspę Blackwell można było bardzo prosto trafić, ale jej opuszczenie graniczyło z cudem. Wyspa pochłonęła wiele ludzkich istnień, które wcześniej musiały przebywać w warunkach urągających jakiejkolwiek żywej istocie. Książka powstała w dużej mierze dzięki dziennikom prowadzonym przez protestanckiego księdza, który poświęcił swoje życie na niesienie pomocy fizycznej i przede wszystkim duchowego wsparcia osobom przebywającym na wyspie i razem z nim jesteśmy świadkami scen niczym z najmroczniejszego horroru. Gdy pomyślimy sobie, że to nie wymysł autorki tylko najprawdziwsze fakty wszystkie odczucia i emocje jeszcze się potęgują.

Niezaprzeczalna zaleta tej książki? Rzetelność i skrupulatność autorki przy jednoczesnej lekkości, co w wielu reportażach wzajemnie się wyklucza. Stacy Horn wykonała kawał dobrej roboty, skorzystała z ogromnej ilości materiałów źródłowych i podała nam szczegółową historię wyspy Blackwell, o której przed przeczytaniem książki nie miałam okazji jeszcze słyszeć. Mamy tu dokładne dane liczbowe dotyczące ilości osób w budynkach kompleksu na wyspie. Z tą dokładnością idzie w parze ciekawa lektura, od której trudno się oderwać. Pochłonęłam ją w ekspresowym tempie, co w przypadku tego gatunku jest dla mnie zaskakujące. Myślę, że to też zasługa dobrego tłumaczenia Tomasza Bieronia.

Podsumowując, to jedna z książek, po które trzeba sięgnąć. Idealnie pokazuje jak te dobre chęci, podniosłe wydarzenia i uroczystości, piękne słowa zostają rozbite w drobny mak o twardą ścianę rzeczywistości. Kwestie społeczne, opieka na ubogimi, bezdomnymi, chorymi, zwłaszcza na choroby psychiczne, których w dalszym ciągu się boimy to niezwykle delikatny i wrażliwy temat, który przy nieumiejętnym podejściu do sprawy może przynieść więcej strat niż pożytku. Ten reportaż w idealny sposób to pokazuje. Naprawdę polecam, bo oprócz ukazania tego przerażającego ludzkiego upodlenia to po prostu bardzo rzetelna i dobrze napisana książka.
Ocena: 5/6
Tytuł: 509.Wyspa potępionych. Prawdziwa historia wyspy Blackwell
Autor: Stacy Horn
Stron: 350
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak

31 lip 2019

Jomswiking. Czas ognia i żelaza Bjørn Andreas Bull-Hansen

O wielu historycznych czasach miałam okazję czytać, ale gdy się głęboko zastanowiłam nie było tam za wiele o wikingach i czasach potyczek między władcami Północy. Pomyślałam, że lato to idealny moment na przyswojenie sobie tak rozległej opowieści – czytałam ją blisko dwa tygodnie. Z ręką na sercu mogę jednak stwierdzić, że nie żałuję nawet sekundy spędzonej z tą książką. Była to po prostu ciekawa i pasjonująca historia.

Torstein w momencie ataku nieprzyjaciół na ich wioskę ma zaledwie dwanaście lat, to jeszcze dziecko. Dziecko, które na własne oczy widzi brutalną i makabryczną śmierć swojego ojca, a samo trafia do niewoli. Tak rozpoczyna się epicka historia prowadząca aż do Jomsborga – osady, gdzie szkoleni są jomswikingowie – prawdziwe maszyny do zabijania.

Jak określiłabym tę książkę w zaledwie jednym zdaniu? Dla mnie to taka Gra o tron z akcją osadzoną w mroźnej Skandynawii i pozbawiona fantastycznej otoczki. Ma blisko 700 stron i jej lektura musi zająć trochę czasu, w moim przypadku blisko 2 tygodnie. A jednak po przerzuceniu ostatniej kartki czuję pewien żal i niedosyt. Smutno rozstawać się z bohaterem, który towarzyszył mi tak długo i po kolejny tom tej serii sięgnęłabym najchętniej już teraz. Oprócz tego mam wrażenie, że końcowe rozdziały są lepsze niż początek i czytało mi się naprawdę dobrze.

Jomswiking jest mocną i niepozbawioną brutalnych i makabrycznych opisów historią. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jest męska, ponieważ to szorstka opowieść, w której pełno twardych skandynawskich wojowników, z małą ilością żeńskich postaci. Dawno czegoś takiego nie czytałam i jestem ogromnie usatysfakcjonowana taką lekturą. Podoba mi się sposób, w jaki autor połączył realne wydarzenia i postaci z fikcją literacką. Historia młodego niewolnika Torsteina znakomicie połączyła się z barwną opowieścią o królach Północy i toczonych przez nich około 1000 roku wojnach i wojenkach. Zaintrygowała mnie przede wszystkim postać króla Norwegii – Olafa Tryggvasona, w powieści to tak magnetyczna osoba, że zdecydowanie będę musiała poszerzyć swoją wiedzę na jego temat.

Jedynym co wywołało w moim odczuciu kilka zgrzytów podczas czytania są dziwne zbiegi okoliczności. Są bardzo nieprawdopodobne, ponieważ nasz główny bohater swobodnie przemieszcza się po północy Europy, a jednak zawsze trafia na dobrze znanych mu już bohaterów. To trochę naciągane, ale staje się mało widoczne przy całej historii i jej rozmachu.

Po przeczytaniu opisu spodziewałam się epickiej historii o wikingach. Zostałam pozytywnie zaskoczona, ponieważ oprócz tego otrzymałam dobrze wykreowanego bohatera. Z jego wszystkimi bolączkami, przemyśleniami i rosnącym bagażem jego doświadczeń. Torstein w wieku dwunastu lat widzi makabryczną śmierć ojca, trafia do niewoli. Traumatyczne przeżycia musiały zostawić ślad na młodym umyśle bohatera, a więc wniknięcie podczas czytania do jego głowy było ciekawym doświadczeniem i niezaprzeczalną zaletą tej powieści.

Komu bym ją poleciła? Osobom, które lubią takie barwne, ciekawe i rozbudowane historie pełne bitew, intryg i walk. To książka na naprawdę długie wieczory, podczas których można otulić się kocem, rozsiąść wygodnie w fotelu z kubkiem herbaty i przenieść do mroźnego świata gdzie rządziło srebro i przemoc.
Ocena: 4+/6
Tytuł: 508.Jomswiking. Czas żelaza i ognia
Autor: Bjørn Andreas Bull-Hansen
Stron: 688
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.