10 cze 2019

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle Stuart Turton

Czy gdyby Agatha Christie żyła w naszych czasach to pisałaby podobne powieści? Myślę, że to dość prawdopodobne i takie zdanie tłukło mi się po głowie przez cały czas czytania. Siedem śmierci Evelyn Hardcastle to książka, która zbiera same dobre opinie. Jej premiera w Polsce miała miejsce w lutym, teraz doczekaliśmy się już wznowienia. To tylko dowodzi jak wielką popularnością się cieszy.

Evelyn Hardcastle umiera każdego dnia, zawsze o jedenastej wieczorem. Aiden Bishop ma za zadanie odnaleźć mordercę, w przeciwnym wypadku pozostanie w posiadłości Blackheath na zawsze. Problem w tym, że główny bohater każdego ranka budzi się w ciele innej osoby mającej związek z zabójstwem. Codziennie przeżywa te same wydarzenia z punktu widzenia innego człowieka, pytanie tylko czy uda mu się odwrócić ich bieg i zdążyć z wyjaśnieniem zagadki.

Ta książka to istna petarda. Przeczuwałam, że jest dobra – tak wiele naprawdę dobrych opinii nie mogło być wyssanych z palca i się mylić. Jej lektura przeszła moje najśmielsze oczekiwania, ponieważ to powieść jakiej jeszcze nie było. Całkowita nowość, świeżość na rynku. Coś co każe nam twierdzić, że autorzy jeszcze nie wymyślili i nie napisali wszystkiego i mogą nas naprawdę zaskoczyć.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle to powieść osadzona w klimacie typowym dla książek Agathy Christie. Autor zaimponował mi już od pierwszych stron, ponieważ nie postawił na tak modną ostatnio szybką, gnającą na łeb na szyję akcję. Tutaj jest spokojnie, trzeba wnikliwie czytać kolejne rozdziały jeśli chcemy mieć jak największą przyjemność z lektury i pragniemy chociaż pokusić się o próbę rozwiązania zagadki. To kryminał w prawdziwie starym stylu, zostajemy przeniesieni do ponurej, rozpadającej się rezydencji, wśród ludzi zdeprawowanych, zdemoralizowanych, uważających się za lepszych od innych. Jednocześnie dbają oni o pozory, wszak są szanowanymi obywatelami. Pisałam już kiedyś, że bardzo cenię sobie kryminały z takim klimatem, z dobrym osadzeniem całej historii w realiach, rozrysowaniem panujących pomiędzy bohaterami zależności, utkaniem takiej pajęczyny, która zmusza szare komórki czytelnika do myślenia i sprawia, że czyta się naprawdę fantastycznie. Jednocześnie w książce z taką ilością postaci fabuła mogłaby być zawiła – nic takiego tutaj nie zauważyłam. Do wczytania się potrzebowałam kilku rozdziałów.

Klimat książki świetnie przeplata się z czymś zupełnie nowym i świeżym – główny bohater Aiden za każdym razem budzi się w ciele innego bohatera. Nie pamięta swoich wspomnień, całkowicie wczuwa się w psychikę swojego wcielenia. Musi mierzyć się z bolączkami, ułomnościami i charakterami innych osób. To daje nam zupełnie inny spojrzenie na całą sprawę, odkrywa przed nami inne punkty widzenia, nowe tropy, a jednocześnie mąci i utrudnia domyślenia się zakończenia całej tej zagadki.

Stuart Turton tworzył swoją powieść trzy lata. Domyślam się, że wymyślenie całej tej historii, spięcie w całość wszystkich wątków, przesunięć w czasie, aby było to zrozumiałe dla czytelnika, a jednocześnie pasjonujące i zagadkowe musiało zająć mu sporo czasu. Im bardziej o tym myślę tym jestem mocniej przekonana, że to trudna sztuka. Jestem pewna, że nie byłabym w stanie przenieść na papier tak szalonych pomysłów, aby nie brzmiały jak science-fiction, a wprost przeciwnie, miały klimat ze starszych kryminałów.

Podsumowując, powyższa książka to po prostu coś czego jeszcze nigdy nie czytaliście.
Komu polecam? Przede wszystkim fanom kryminałów i thrillerów, zwłaszcza takim, którym już nudzą się te wszystkie gnające na łeb na szyję historie, ja wybieram zdecydowanie klimat rodem z książek Agathy Christie w połączeniu ze szczyptą nowoczesności. Pragnę jeszcze wspomnieć, że to debiut autora. Powtarzam się, ale jeśli tworzy coś takiego debiutując jako autor powieści to chcę poznać jego dalsze poczynania.
Ocena: 5+/6
Tytuł: 497.Siedem śmierci Evelyn Hardcastle
Autor: Stuart Turton
Stron: 510
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Albatros

5 cze 2019

Księga M Peng Shepherd

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia ludzie zaczynają tracić cienie. Na początku jest to oczywiście odebrane jako magiczna sztuczka, ciekawy pokaz. Gdy okazuje się, że wraz z cieniami odchodzą również wspomnienia zaczyna się panika. Granice są zamykane, aby dziwna epidemia nie rozprzestrzeniała się dalej, jednak to nie działa. Ludzkość powoli wszystko zapomina, w końcowym stadium traci nawet zdolność do oddychania. Ory i Maxine właśnie świętowali zaślubiny swoich największych przyjaciół, gdy dotarły do nich tragiczne wieści. Pewnego dnia Max także traci swój cień. Kobieta boi się, że zrobi krzywdę swojemu mężowi i postanawia odejść. Ma nadzieję, że Ory nie będzie jej szukał, jednak zrozpaczony mąż postępuje zupełnie inaczej.

Wstrząsająca.
Wciągająca.
Przy tym też smutna i poruszająca. Księga M to książka, która pochłonęła mnie na praktycznie dwa tygodnie. Ma dość duży format, blisko 500 stron, a do tego zawiera mało dialogów. Nie miałam też na nią zbyt wiele czasu. Jest w niej jednak coś takiego, że tej lektury nie chce się kończyć zbyt szybko i podświadomie przedłuża czytanie. Nie ma tu porywającej, gnającej do przodu akcji, ponieważ pomysł apokalipsy jaką jest utrata cienia i zapomnienie wszystkiego jest procesem powolnym, ale niezwykle poruszającym. Nie czytam codziennie książek postapokaliptycznych, a jednak ta mnie zachwyciła. Przede wszystkim tym, że przedstawione w niej zapomnienie nie jest żadną fantastyką. Codziennie tysiące ludzi traci pamięć na skutek wypadków, traumatycznych przeżyć czy demencji. Moja babcia straciła pamięć i gdy czytałam o ludziach, którzy na skutek tej dziwnej epidemii z każdym wspomnieniem tracili część siebie to każde ze zdań poruszało w mojej duszy najczulsze struny. To co Peng Shepherd ubrała w opowieść jest rzeczywiście prawdziwe. To zagubienie, nieumiejętność odpowiedzi na pytanie kim jestem i kim są ci wszyscy ludzie dookoła mnie. Powinnam się ich bać? A może to moi najbliżsi? Mocno mnie ta książka poruszyła i chociażby za ten ciekawy aspekt jakim jest sam pomysł na powieść warto po nią sięgnąć.

Podoba mi się sposób w jaki autorka zbudowała swoją historię. Poznajemy tu wielu bohaterów, ale jednak relacja tocząca się pomiędzy Ory’m, a Maxime jest osią spajającą całą powieść. Nie jest to typowa historia miłosna, ponieważ realia, w których się dzieje też takie nie są. Obserwujemy tu piękne świadectwo miłości pomiędzy tym małżeństwem. Z jednej strony Max, która powoli traci pamięć i trzyma się każdego skrawka wspomnienia o swoim mężu, z drugiej Ory, który desperacko próbuje odszukać miłość swojego życia. Autorka namalowała relację ich łączącą tak dorośle i subtelnie, że gdy dowiedziałam się, że Księga M to jej powieściowy debiut byłam pod jeszcze większym wrażeniem. Skoro potrafi napisać tak genialny debiut to chcę poznać jej kolejne powieści.

Księga M to książka, na której lekturę trzeba poświęcić trochę czasu. To powieść drogi, autorka poświęciła sporo miejsca na rozbudowanie swoich postaci, nadanie im charakteru, zwrócenie uwagi czytelnika na wiele aspektów i stron dotkniętych kataklizmem. Bezcieniści i ci, którzy nadal mają swoje cienie mieli przecież zupełnie inne racje, przemyślenia i pobudki jakie nimi kierowały. Nie sposób nie zastanowić się w trakcie czytania nad tym na ile nasze wspomnienia definiują nas samych i ile tracimy wraz z nimi. Oprócz tego w książce panuje mglisty, senny i niepokojący klimat, który tylko potęguje wrażenia podczas czytania. Za to zakończenie to już istna petarda. Spodziewałam się, że będzie to coś zaskakującego. Taka książka musi mieć odpowiednią klamrę, która zepnie wszystkie wydarzenia i bohaterów w całość. Zupełnie nie spodziewałam się, że te ostatnie strony wprawią mnie w osłupienie i wpędzą w książkowego kaca.

Ogromnie polecam wam tę książkę. Niech przekona was fakt, że nie jestem fanką takiego gatunku, a tutaj podobało mi się wszystko.
Ciekawy pomysł na książkę.
Senny klimat uzyskany dzięki wpleceniu w historię indyjskich legend i wierzeń.
Genialne zakończenie.
Subtelna relacja pomiędzy Max, a Ory’m. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale napiszę wam jeszcze tylko – to jedna z najlepszych książek tego roku.
Ocena: 5+/6
Tytuł: 496.Księga M
Autor: Peng Shepherd
Stron: 462
Wydawnictwo: Burda
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Burda Książki

27 maj 2019

Bajki Mariackie Ewa K. Czaczkowska

Kraków. Pewnie każdy z nas miał okazję odwiedzić to piękne i klimatyczne miasto. Ja byłam w nim niestety tylko raz, ale z pewnością nadrobię to z synkiem. Teraz przenieśliśmy się do Krakowa dzięki wydanym przez Wydawnictwo Znak Bajkom Mariackim.

Bajki Mariackie to zbiór dziewięciu legend i bajek o Krakowie. Znajdziemy tu opowieści dobrze nam znane – legendę o hejnale mariackim czy historię o żółtej ciżemce z powieści Antoniny Domańskiej lub małym Karolu, który został papieżem. Są tutaj też legendy, których jeszcze nigdzie nie słyszałam, jak ta o wiewiórce Bognie. Tym razem muszę przyznać, że to książka dla starszych dzieci, niekoniecznie dla mojego dwulatka. Historia o pojawieniu się wiewiórek na krakowskim rynku była dla niego atrakcyjna, ale te o czartach już niekoniecznie. Wrócimy do niej z pewnością za kilka lat, a przed wycieczką do Krakowa koniecznie. Dlatego polecam ją troszkę starszym dzieciom – takim, które dobrze ją zrozumieją, a z pewnością będą oczarowane budzącą wyobraźnię treścią legend. To nasza historia, w której zawsze jest ziarnko prawdy - chyba każdy z nas w dzieciństwie zapoznawał się z historią o powstawaniu polskich miast i legendami tłumaczącymi niektóre wydarzenia z naszych zawiłych dziejów. Tym razem skupiamy się tylko na Krakowie i lektura tego zbioru wywołała we mnie sporą tęsknotę za tym miastem i chęć podążenia jej tropem.

Bajki Mariackie to książka, gdzie forma wydania idealnie współgra z jej treścią. Ciekawe, utrzymane w ciemnych kolorach ilustracje dodają jej charakteru i powagi. Powagi, która skojarzyła mi się właśnie z wyjątkowo pasjonującą opowieścią przewodnika. Wycieczka siedzi zasłuchana, rozgląda się po wnętrzu bazyliki mariackiej, a przed oczami ma wszystkie te wydarzenia, o których mówi przewodnik. Zaraz wyjdą z tej ciszy na dwór, dołączą do gwarnego miasta i turystów, ale na razie leniwa opowieść snuje się jak dym z kadzidła. Takie wyobrażenie miałam podczas czytania, a to tylko dowodzi, że Ewa K. Czaczkowska zaczarowała mnie swoją opowieścią.

Komu ją polecam? Wielbicielom legend, leniwie snujących się opowieści i wszystkich, którzy mają w planach wypad do Krakowa. Zwiedzanie mając w pamięci te opowieści z pewnością będzie wyjątkowe, co mam w planach sprawdzić.
Ocena: 4/6
Tytuł: 495.Bajki Mariackie
Autor: Ewa K. Czaczkowska
Stron: 80
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak

24 maj 2019

Nazywają mnie śmierć Klester Cavalcanti

Zwyczajny facet jakich wielu. Kochający ojciec, czuły mąż. Julio Santana. Co odróżnia go od tysięcy podobnych mu mężczyzn? Fakt, iż jest on płatnym zabójcą, na swoim koncie ma aż 492 osoby. Może napiszę inaczej – pół tysiąca ludzkich istnień. Zdziwieni? Nie możecie ułożyć sobie tego w głowie. W moim przypadku takie wrażenie występowało przez całą lekturę tej książki.

Klester Cavalcanti to brazylijski dziennikarz śledczy, zdobywca wielu prestiżowych nagród. Napisanie tej książki zajęło mu wiele lat, wiele godzin telefonicznych rozmów z Julio Santaną, prób przekonania go do ujawnienia swojej tożsamości i opowiedzenia w swoim życiu. Na uwagę zasługuje tu fakt, że autor nie napisał jej w formie tradycyjnego reportażu czy nawet biografii. To historia, w której dziennikarz spróbował przelać na papier wszystkie wydarzenia i emocje im towarzyszące, o których opowiedział mu najskuteczniejszy płatny zabójca na świecie. Czyta się to wszystko jak najlepszą powieść akcji, na jednym posiedzeniu przy kubku herbaty połykałam 100 stron. Jestem bardzo ciekawa na ile te wszystkie przemyślenia, rozterki i emocje głównego bohatera zostały opowiedziane przez Santanę, a na ile to interpretacja dziennikarza. Faktem jest to, że książka nie opisuje najsłynniejszych zabójstw dokonanych przez Santanę, raczej jego drogę do stania się zabójcą na zlecenie. Julio urodził się w biednej rodzinie, mieszkającej w małej wiosce gdzieś w amazońskiej puszczy. Każdego dnia rano wychodził na polowanie. To właśnie w lesie, podczas tropienia zwierząt i oddawania do nich celnych strzałów nauczył się swojego zawodu. W wieku 17 lat, jego stryj namówił go do zabicia na zlecenie pierwszej ofiary.

Nie mieści mi się w głowie jak w jednym człowieku może istnieć tyle charakterów i oblicz. Julio Santana to osobowość pełna wzajemnie wykluczających się przeciwieństw i poznanie go było fascynującym przeżyciem. Jego historia jest tak przerażająca, że aż nieprawdopodobna, a jednak to życie pisze najbardziej zaskakujące scenariusze. Z jednej strony czytanie o jego młodości było dla mnie ogromnie ciekawe i intrygujące, z drugiej przecież to losy mordercy, który zabił blisko pół tysiąca osób. Mężczyzn, kobiet. Zdarzały się dzieci. Z tym, że istnieją ludzie zdolni do zabicia dziecka za określoną sumę pieniędzy nie mogę pogodzić się najmocniej. Jak człowiek, który mocno kocha swoje dzieci może dokonać takiego czynu? To pytanie kłębiło się w mojej głowie cały czas podczas czytania tej książki. Zwłaszcza, gdy mogłam odrobinę wniknąć do umysłu bohatera, przekonać się, że nim też targają emocje, rozterki, wyrzuty sumienia.

Nazywają mnie śmierć to napisana niezwykle lekko, ciekawie i z pomysłem historia najskuteczniejszego zabójcy na zlecenie, właściwie początków jego ,,kariery”. Wciąga od pierwszych stron, porywa i przeraża faktem, iż wydarzenia w niej opisane są realne. Nie oszukujmy się jednak, takie mroczne klimaty intrygują i rozpalają umysł każdego wielbiciela kryminałów i thrillerów. To miłośnicy tych gatunków będą najbardziej zadowoleni z lektury. Mnie pochłonęła całkowicie, zostawiła w głowie trochę pytań, a jeszcze większy mętlik dotyczący dróg, które ludzie wybierają w swoim życiu i pobudek, które nimi kierują. Ta książka, której nie da się przeczytać bez emocji, a to chyba w tym całym czytaniu najważniejsze.
Ocena: 4+/6
Tytuł: 494.Nazywają mnie śmierć
Autor: Klester Cavalcanti
Stron: 317
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Muza

22 maj 2019

Zimowy żołnierz Daniel Mason

Są książki, które widzimy wszędzie, boimy się, że zaraz wyskoczą nam z lodówki i wprost przeciwnie – lektury, które giną w natłoku premier. Powyższa książka to zdecydowanie ta druga kategoria. Szkoda, bo spodobała mi się ogromnie.

Lucjusz Krzelewski to młody, zupełnie niedoświadczony student medycyny mieszkający w Wiedniu. Gdy wybucha I wojna światowa jawi mu się ona jako ogromna możliwość praktyki medycznej. Niestety nie trafia do dobrze zaopatrzonego lazaretu jak się spodziewa, a do małego szpitala polowego przekształconego z kościoła gdzieś w Karpatach. Nie ma żadnego doświadczenia, praktyki, jeszcze okazuje się, że starsi lekarze dawno z tego miejsca uciekli. Pozostała tylko ona – Margareta. Siostra zakonna, dzięki której ten przybytek jeszcze istnieje. Między Lucjuszem, a Margaretą dość szybko pojawia się specyficzna zażyłość, która umiera wraz z pojawieniem się pewnego dnia tajemniczego nowego pacjenta – tytułowego żołnierza, który przybywa do szpitala w Lemnowicach zimową porą.

Spójrzcie tylko na okładkę tej książki. Piękna prawda? Niech was to jednak nie zwiedzie, ponieważ jej wnętrze już takie nie jest. Jest brutalne, mocne i makabryczne. Oderwane żuchwy, amputowane kończyny, kalectwo, epidemia tyfusu, zmiany psychiczne, które dopiero później zaczęto nazywać zespołem stresu pourazowego. Mówi się o okropności II wojny światowej często zapominając, że I była równie okrutna i odrażająca. Rzesze młodych chłopców nie do końca rozumiejących w imię czego walczą zostało okaleczonych na całe życie, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Ta książka dość dosadnie to pokazuje, wywołuje sporo emocji, wstrząsa.

Gdzieś w tym makabrycznym, irracjonalnym świecie spotykają się oni. Lucjusz – młody, niedoświadczony sztubak i siostra Margareta. Dawno nie spotkałam postaci kobiecej tak silnej, wyrazistej i tajemniczej – autor jest bardzo skąpy w odkrywaniu zagadek jej życiorysu. Długo nie zapomnę tej charakternej bohaterki. Muszę wam przyznać, ze bałam się w jakim kierunku zostanie rozwinięta relacja tocząca się pomiędzy bohaterami, ile miejsca w całej opowieści zajmie. Nie chciałam, aby historia opowiadająca o makabrycznych wojennych przeżyciach zmieniła się w love story, ponieważ mam wrażenie, że jej wydźwięk by się spłycił. Na szczęście cała historia pobiegła w tak zaskakującym kierunku, że nie tylko nic takiego się nie stało, ale zakończenie czytane przeze mnie w autobusie wywołało sporo łez.
Dużo jest książek z wojną w tle, ale ta to prawdziwa perełka. Dosadna, mocna, a przy tym poruszająca. O wojnie, ludzkim cierpieniu, zwłaszcza o niewyobrażalnym strachu i napięciu, przez które zespół stresu pourazowego nosił miano epidemii. O miłości, ale przedstawionej w nieszablonowy, subtelny, wzruszający sposób.
Ocena: 5+/6
Tytuł: 493.Zimowy żołnierz
Autor: Daniel Mason
Stron: 379
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis

Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.