18 kwi 2019

Kruczogranatowe Adriana Lisboa

Po śmierci mamy trzynastoletnia Vanja decyduje się na dość radykalny krok. Wyjeżdża z Rio de Janeiro do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu ojca, którego nie tylko nigdy nie widziała, ale nawet nie zna jego tożsamości. Odbywa dziwną podróż razem z jeszcze bardziej zaskakującym składem: byłym mężem mamy Fernandem i małym chłopcem Carlosem. Ze strzępów informacji dziewczyna stara się odnaleźć biologicznego ojca, ale tak naprawdę składa z nich na nowo siebie i swoją tożsamość.

Lektura książki Kruczogranatowe była dla mnie sporym wyzwaniem. Ma ona zaledwie 221 stron, ale nie jest to lektura, którą szybko się czyta. To historia opowiedziana z punktu widzenia dorosłej już głównej bohaterki. Jej monolog, przemyślenia. Autorka pisze niezwykle ciekawie. Konstruuje zdania w zaskakujący, bardzo nietypowy i poetycki sposób. Z tego powodu należy tę historię czytać tak jak poezję. Z maksymalnym skupieniem pozwalającym na zrozumienie każdego słowa, jego miejsca w całym tekście. Nic tu nie jest przypadkowe, każde zdanie jest mocno wyważone, przemyślane. Dlatego czytelnik też musi poświęcić na nią sporo czasu.

Czytania nie ułatwia zupełnie fakt, że istotną rolę odgrywa w niej burzliwa brazylijska historia. Bądźmy szczerzy – to wydarzenia zupełnie nie znane mi i pewnie większości z was. W żaden sposób nie zmienia to jednak odbioru całej lektury. Emocje, trudne moralne wybory i wątpliwości zawsze pozostają takie same.

Mimo, że nie była to prosta lektura to jestem z niej zadowolona. To wyjątkowa opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, o emigracji. Każdy z nas stał kiedyś na rozstaju dróg i próbował odkryć kim tak naprawdę jest. Nawet jeśli nie ma się tak nietypowych stosunków rodzinnych jak Vanja to jednak nasi przodkowie, ich życiorysy odgrywają istotną rolę w tym kim jesteśmy obecnie. Spotkałam się ze stwierdzeniem, że Kruczogranatowe to powieść drogi i rzeczywiście, ale z pewnością nie w dosłownym znaczeniu tego słowa, a metaforycznym jak cała ta historia. To droga do odkrycia tego co nas definiuje, do uświadomienia sobie, że więzy krwi nie zawsze są najważniejsze. Pełno w tej powieści symboliki, której znaczenie zależy tylko i wyłącznie od czytelnika i jego refleksji.  Myślę jednak, że ta metaforyczność, poetyckość i piękno języka to najważniejsze aspekty tej powieści. To one wyróżniają ją na tle innych.
Mieliście kiedyś do czynienia z literaturą brazylijską? A może szerzej- iberoamerykańską? Ja mam na swoim koncie już kilkanaście takich lektur i ta była zdecydowanie jedną z najtrudniejszych. W związku z tym polecam ją osobom, które chcą się z nią zmierzyć, są ciekawe języka autorki i zaskakującej konstrukcji zdań. To powieść do powolnego czytania, wgryzania się w nią, przegryzania jej słów, zastanowienia się nad nimi. Opowieść o tożsamości, historii, emigracji, rodzinie. O tym co definiuje każdego z nas.
Ocena: 4+/6
Tytuł: 486.Kruczogranatowe
Autor: Adriana Lisboa
Stron: 221
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis

13 kwi 2019

100 % smaku s. Salomea Łowicka, s. Jana Drzymała

Książki kucharskie zajmują w moim domu jedną, dużą półkę. Można tam znaleźć zarówno przepisy na ciasta, dania bez glutenu, wegańskie czy typowo polskie i zdecydowanie nie fit. W tym wszystkim jest jeden rodzaj książek kucharskich, po które sięgam szczególnie chętnie. Są to wszystkie te, które zostały wydane przez wydawnictwa katolickie. Dlaczego? Mam do nich szczególne zaufanie. Któż nie zna przepisów na ciasta siostry Anastazji? Nawet jeśli ktoś się uchował to jeśli tylko je tradycyjne ciasta zaręczam, że z pewnością jadł coś z jej książek. Są tak popularne i smaczne.
Zwykle są to proste przepisy. Takie gdzie w trakcie pieczenia czy gotowania używamy znajomych nam technik. Nie musimy mieć jakiś specjalnych urządzeń do ich przyrządzenia.
Są z dobrze znanych nam, polskich produktów, które znajdziemy w najbliższym sklepie. Nie oszukujmy się, wiele nowych na rynku książek kucharskich jest na tyle nowoczesna i z takich składników, że zanim je znajdę objeżdżając połowę miasta to dawno przejdzie mi już ochota na gotowanie. Próbowanie nowych smaków jest świetne, ale czasami nieekonomiczne, gdy mamy kupić dany produkt tylko na jedno użycie. Książka 100 % smaku idealnie spełnia te dwa punkty, jej ideą jest prostota w wykonaniu i produktach, choć niesie ze sobą powiew świeżości i z pewnością nie będziemy się z nią w kuchni nudzić.

Dla każdego coś dobrego

100 % smaku to przepisy dla każdego. Odnajdziemy tu inspiracje na dania wegetariańskie i typowo mięsne, z glutenem i bez niego, zupy, słodkości, dania dla dzieci i na rodzinne uroczystości. Ponad 100 przepisów na ciekawe dania, które z pewnością zagoszczą na moim tegorocznym wielkanocnym stole. Dlatego też tak bardzo spieszę się dla was z tą recenzją – może jeszcze kogoś przez ten tydzień przekonam. Babka obłoczek, zupa cygańska, rolada serowa, różnorodne chlebki, lekka tortilla z warzywami. Czyż to nie brzmi wspaniale? Dla mnie zdecydowanie tak, ponieważ planem na ten rok jest robienie sobie kilku dni w tygodniu bez mięsa, które nie smakuje mi tak jak dawniej i inspiracji znalazłam tutaj mnóstwo. Jednocześnie dla męża jeden dzień w tygodniu bez mięsa jest już sporym poświęceniem, a więc dla niego też jest tu mnóstwo ciekawych przepisów.


Dla kogo jest ta książka?

Dla osób, które lubią eksperymentować w kuchni, szukają wiosennej lekkości, świeżości, nowych smakowych połączeń, ale jednocześnie chcą pozostać w naszej rodzimej tradycji kulinarnej. 100 % smaku to nowoczesność w postaci bananowego czy migdałowego ciasta, a jednocześnie tradycyjność, ponieważ okazało się, że niektórych przepisów podobno używała moja babcia. Cieszę się, że ta książka trafiła w moje ręce, z pewnością będzie często używana, a żeby nie być gołosłowną spójrzcie na zdjęcie. Jest tam babka z przepisu ze strony 250.
Ocena:5/6
Tytuł: 485.100 % smaku. Oczaruj swoich gości
Autor: s. Salomea Łowicka, s. Jana Drzymała
Stron: 335
Wydawnictwo: WAM
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu WAM

10 kwi 2019

Dziewczynka z atramentu i gwiazd Kiran Millwood Hargrave


Legenda wyspy Moya

Lubicie książki z baśniowym klimatem? Ja dawniej czytałam sporo takiej literatury, z jakiś niewiadomych przyczyn przestałam i zaczęłam do nich wracać rok temu. Niektóre czytam synkowi, innymi delektuję się sama. W odpowiednim czasie też mu je podrzucę. Dziewczynka z atramentu i gwiazd to właśnie taka książka, choć niestety w tym przypadku nie jest to lektura bez wad.

Isabella ma trzynaście lat, jest córką kartografa. Razem z ojcem są dla siebie najważniejszymi i jedynymi ludźmi na świecie. Każdego dnia rozpoczynają dzień od ubogiej, przypalonej owsianki, a dziewczyna szlifuje swój talent do rysowania map pod czujnym spojrzeniem ojca. Isabella chciałaby być taka odważna jak Arinta - dziewczyna, która według legend uratowała wyspę Moya od zniszczenia przez okrutnego demona.  Nie zdaje sobie sprawy, że jej odwaga zostanie dość szybko wystawiona na próbę.


Tym razem niestety coś nie zagrało

Do książki Dziewczynka z atramentu i gwiazd podeszłam z ogromnym zaciekawieniem. Ostatnio czytane przeze mnie książki utrzymane w baśniowym tonie były po prostu świetne i tutaj też na to liczyłam. Zaczęłam czytać i niestety nie zostałam wchłonięta w tę historię na miarę moich oczekiwań.  Nie mogę napisać, że mi się nie podobało, ponieważ byłoby to spore kłamstwo. Książka jest ciekawa, wnętrze zostało urozmaicone ilustracjami, a więc szybko się ją czyta, jednak podczas czytania cały czas w głowie miałam takie trudne do uchwycenia wrażenie, że czegoś mi brakuje, coś jest nie tak. Taka trudna do zdefiniowania przeszkoda, która sprawia, że nie jesteśmy częścią opowieści, nie możemy emocjonalnie zżyć się z bohaterami. Tak jakby wszystko toczyło się obok nas. Właśnie to mi się przydarzyło z Dziewczynką z atramentu i gwiazd. Pomysł na historię jest mocno intrygujący, legenda wyspy Moya też, a jednak nie była to historia, którą przeczytałam z wypiekami na twarzy. Nawet tę opinię pisze mi się niezwykle ciężko, ponieważ nie była to dla mnie historia ani wybitna, ani zła. Raczej poprawna. Myślę, że to też wina mojego wieku. Książka jest dedykowana młodszym czytelnikom i im spodoba się znacznie mocniej. Porusza ważne problemy i wartości takie jak solidarność, przyjaźń, odwaga i poświęcenie. Wszystko to zespojone z odrobiną magii, baśni i legend wyspy Moya. Jeszcze 5-6 lat temu byłabym takim połączeniem zachwycona.

Są i zalety

Dzisiejszą opinię zaczęłam od błędów, ale w książce znalazłam też kilka wielkich plusów, które znacznie uratowały tę powieść w moich oczach. Przede wszystkim jej mroczny klimat, którego zupełnie nie spodziewałam się po genialnej i przepięknej okładce oraz jeszcze staranniej wykonanemu wnętrzu. Nie jest to historia jakich wiele, bohaterowie zostają wystawieni na mnóstwo ciężkich prób, są ścigani przez wysłanników demona, nie wszystko zawsze idzie po ich myśli. Zakończenie jest zaskakujące i smutne, ale jednocześnie daje nadzieję. Gdyby całość wywołała u mnie takie słodko-gorzkie emocje to byłoby idealnie. Kolejnym pozytywnym aspektem tej powieści są jej dwie żeńskie postacie. Główna bohaterka Isabella oraz Lupe- córka gubernatora. To wspaniałe, że dziewczynki są osadzane w tak ważnych książkowych rolach. Są odważne, walczą o siebie i swoich bliskich. Myślę nawet, że to Lupe jest ciekawszą i bardziej zagadkową postacią, która z pewnością zaskoczy was swoim postępowaniem.


Podsumowanie

Podsumowując, znacznie łatwiej pisze mi się opinie o książkach, które wywołują u mnie skrajne emocje. Ten tekst narodził się w bólach i z pewnością można to odczuć. Dziewczynka z atramentu i gwiazd nie jest złą powieścią, po prostu przeczytałam ją w nieodpowiednim dla mnie czasie. Polecam ją młodszym czytelnikom. Im ten mroczny i magiczny klimat powinien się spodobać. Zwłaszcza dziewczynkom, które w postępowaniu Isabelli i Lupe odnajdą siebie. Na uwagę zasługuje też fakt, że jest to debiut Kiran Millwood Hargrave, chętnie dowiem się jak rozwinie się w swoich kolejnych powieściach. Starszym czytelnikom też nie odradzam, książka zbiera raczej dobre opinie i ma szansę też wam się spodobać.
Ocena: 3/6
Tytuł:484.Dziewczynka z atramentu i gwiazd
Autor: Kiran Millwood Hargrave
Stron: 272
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Literackiemu

3 kwi 2019

Ogrom bólu i cierpienia, czyli książka Kobiety z bloku 10.


Ogrom bólu i cierpienia, czyli książka Kobiety z bloku 10.

Blok numer dziesięć w Auschwitz. Zamknięty dla zwiedzających, a jednak wzbudzający mnóstwo kontrowersji i emocji. To w nim odbywały się pseudonaukowe eksperymenty medyczne nazistów. Ogrom cierpienia, strachu i bólu jaki musiały wchłonąć te mury jest dla mnie niewyobrażalny.
Hans Joachim Lang w swojej książce Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz porusza temat doświadczeń na ludziach, które się tam odbywały, oddaje głos ofiarom. Odnajdziemy tu losy nie tylko kobiet, ale jednak ta płeć poddawana była najcięższym i najbardziej brutalnym próbom. Blok o całkiem zwyczajnym numerze 10 był z jednej strony ucieczką od pewnej śmierci w komorze gazowej, ale z drugiej drogą do piekła, gdzie niepodzielne rządy pełnili lekarze SS. Zajmowano się zarówno badaniami nad sterylizacją, rakiem szyjki macicy czy krwią. Jedne z eksperymentów były lżejsze, mniej obciążające ofiary, a inne zupełnie bezduszne i bezlitosne. Łączyło je jedno, żadna z osób poddanych eksperymentom nie wyraziła na nie jednoznacznej odpowiedzi, ponieważ najczęściej nawet nie zdawała sobie sprawy co się z nią dzieje. Nikt nic nie mówił, nikt nie czuł żadnego obowiązku, aby informować o przebiegu operacji czy zabiegu. Czasem kobiety dopiero po kilkudziesięciu latach dowiadywały się, że usunięto im jajnik czy część macicy i to jest dla mnie nie do pojęcia.


Trudna i bolesna książka

Kobiety z bloku 10. to szalenie trudna lektura. Warto się z nią kiedykolwiek w swoim życiu zmierzyć, ale jeśli ktoś nie czuje się na siłach to doskonale go rozumiem. U mnie wywołała dziwne drżenie serca, mnóstwo refleksji i przerażenie, ponieważ w głowie nie mieści mi się taki ogrom cierpienia. Kobiety były traktowane tam jak zwierzęta, króliki doświadczalne, w przypadku śmierci zastępowane nowymi. Przedmioty, które gdy się zepsują po prostu się wyrzuca. Nie da się tego czytać bez emocji, ponieważ dynamiczne, pełne bólu i cierpienia relacje ofiar boleśnie mocno kontrastują z bezdusznymi i opanowanymi zeznaniami i zachowaniem lekarzy. W chwilach gdy kobiety jęczały z bólu, krzyczały, profesor Clauberg zachwycał się tym jak zastrzyk sterylizacyjny pięknie przepływa przez organizm. To jest nieludzkie i pokazuje jak odrobina władzy nad drugą osobą odczłowiecza i sprawia, że stajemy się potworami. W imię nauki? Chęci zaistnienia? Sławy? Prestiżu? Chorej ideologii? Nie jestem w stanie odpowiedzieć na te pytania, ale mam nadzieję, że po tę książkę kiedyś sięgnięcia i sami sobie je zadacie. Teraz została wznowiona, poprawiona, jest do niej większy dostęp. Naprawdę warto.


Zaskakujący styl pisania autora

Jeśli ktoś wzbraniał się przed tą książką, ponieważ myślał, że jest dla niego za trudna, to też czym prędzej może po nią sięgnąć. Jest trudna pod względem ładunku jaki niesie ze sobą ten temat, ale całkiem sprawnie się ją czytało. Liczyłam raczej na ciężkie i mozolne przebijanie się przez tekst, ale autor pisze płynnie i przystępnie, i pod tym względem mocno mnie zaskoczył. Czasami powtarza dość istotne fakty, ale przy takiej książce nie jest to dla mnie minus.


Podsumowanie

Nie mogę się skupić podczas pisania tej opinii, w głowie jeszcze krążą mi fragmenty książki, chociaż skończyłam ją kilka dni temu. Jeśli ktoś z was czuje się na siłach to jak najbardziej polecam i zachęcam. Takie książki warto znać. Całą resztę namawiam do zmierzenia się z nią, zapamiętania tytułu, może kiedyś przyjdzie na nią czas. Kobiety z bloku 10 dzięki relacjom kobiet będących ofiarami, opisem ich późniejszych losów jest rzetelną i ekstremalną lekcją historii, która trzeba przeżyć.
Tytuł: 483.Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz
Autor: Hans Joachim Lang
Stron: 363
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2019
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Marginesy

1 kwi 2019

Podsumowanie marca

Poniedziałek rozpoczął się z przytupem od domowych, wiosennych porządków, później planuję robienie kopytek, a na koniec jeszcze przesadzanie pomidorów do większych doniczek. Zupełnie nie miałam też wczoraj ochoty na pisanie jakiejkolwiek opinii, tym bardziej o książce Kobiety z bloku 10., której wydźwięk sprawia, że nie da się napisać o niej cokolwiek, na kolanie. Dlatego dzisiaj podsumowałam sobie mój marzec. Przeczytałam 8 książek. Ciężko wybrać mi najlepszą. Świetnie czytało mi się Kolor milczenia, ale to Kobiety z bloku 10. i Szklany klosz wywołały najwięcej emocji. Nie pozostawałam też obojętna przy czytaniu książek Wymazać siebie czy Sól morza. Jakby nie patrzeć ten miesiąc był niezwykle udany i oby stan ten utrzymał się w ciągu pozostałych miesięcy. A wy? Ile przeczytaliście książek? Która was zachwyciła? Planujecie w kwietniu jakieś konkretne lektury?
Mieliście już okazję zaczerpnąć wiosny? Ja staram się każdego dnia wybrać na długi spacer, pooddychać tym cudownie pachnącym powietrzem, wsłuchać się w śpiew ptaków. Nic mnie tak mocno nie relaksuje.

Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.