22 mar 2020

Zbieranie kości Jesmyn Ward

Miasteczko Bois Sauvage w stanie Missisipi w przededniu rozpętania się prawdziwego piekła na ziemi – huraganu Katrina. Gdzieś w tym rozgardiaszu rodzina – czternastoletnia Esch, która właśnie dowiaduje się, że jest w ciąży, jej trzej bracia oraz nieudolny ojciec alkoholik.

Była morderczą matką siekącą do kości, ale pozwoliła nam przeżyć, choć zostawiła nas gołych, zdumionych, pomarszczonych jak niemowlęta, ślepych jak szczeniaki i wygłodniałych słońca jak świeżo wyklute małe węże. Zbieranie kości – Jesmyn Ward

Ten zaledwie jednozdaniowy fragment książki zagnieździł się w mojej głowie i nie pozwala mi przestać go analizować już od kilku dni. Myślę, że już to krótkie zestawienie słów pozwala zauważyć niezwykły kunszt autorki, która pisze dość surowo, naturalistycznie, nie szczędzi  prostych, ale mocnych porównań i opisów przez co trafnie wwierca się w serce. O Jesmyn Ward słyszałam sporo dobrego przy okazji opinii o jej poprzedniej książce wydanej w Polsce – Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie i teraz wiem już, że koniecznie będę musiała ją nadrobić.

Akcja książki toczy się w ciągu dwunastu dni, w trakcie których śledzimy codzienne życie Esch i jej rodziny powiązanych bardzo szorstkimi sznurkami relacji oraz przygotowania do Katriny, która na początku wydaje im się huraganem jakich przeżyli już wiele. Wydawać by się mogło, że mało się w niej dzieje, jednak na płaszczyźnie ludzkich odczuć mamy tutaj ogrom, który czasami miażdży swoją prostotą i surowością. Z książki Jesmyn Ward wyziera ogromna bieda, ubóstwo, brutalność ojca alkoholika, który najmocniej interesuje się znalezieniem kolejnego napitku, jednak silne relacje panujące pomiędzy rodzeństwem są niczym przedzierający się przez chmury promyk nadziei. Mnóstwo ich różni, są pełni żalu i wzajemnych pretensji, ale w poczuciu silnego braterstwa walczą razem ze światem. Choć książka opowiada o przerażającym żywiole, który zabrał wiele ludzkich istnień, majątków, zniszczył całe miasta, to jednak jest to przede wszystkim historia o nowych początkach i to budujące poczucie towarzyszyło mi ciągle podczas czytania tej książki.

Nie byłabym sobą, gdyby nie ujął mnie zupełnie inny aspekt niż resztę czytelników. Nie tylko wśród zgryzot Esch związanych z kiełkującym w niej życiem, ale nawet mocnych opisów rodzących się szczeniaków czy walk psów odnalazłam dające mi do myślenia fragmenty dotyczące macierzyństwa i kobiecości. Mimo uderzających różnic oddzielających mnie od bohaterki wystarczyło kilka zdań, bym zaczęła kiwać głową, analizować i czuć więź z dziewczyną. Esch to jeszcze dziecko, które łaknie ciepła, miłości i zrozumienia, ale totalnie rozumiem większość z jej obaw związanych z ciążą, macierzyństwem. Z tym, że w momencie pojawienia się na teście ciążowym dwóch pasków wszystko się zmienia łącznie z zachowaniem kobiety i jej spojrzeniem na świat, choć dzieje się to w zaledwie kilka minut.  

Zbieranie kości to proza specyficzna, być można nie dla każdego, ale wiem, że każdy powinien jej choć spróbować. Ja jestem pod ogromnym wrażeniem surowości i prostoty tego języka, tego jak wwiercił mi się w pamięć i czuję, że wszystkie emocje zamiast słabnąć, ciągle się potęgują i pozwalają mi lepiej zrozumieć tę lekturę. Polecam!
Ocena: 6/6
Tytuł: 564.Zbieranie kości
Autor: Jesmyn Ward
Stron: 365
Wydawnictwo: Poznańskie
Rok wydania: 2020
Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz :)

Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.