Eric-Emmanuel
Schmitt. Jeden z czołówki moich ulubionych autorów, który całkowicie skradł
moje serce powieścią Oskar i Pani Róża ładnych kilka lat temu, gdy byłam
uczennicą gimnazjum. Od tego pory przeczytałam już kilka jego powieści, stwierdziłam
nawet, że jest dla mnie mistrzem zawierania maksymalnej ilości treści w
minimalnych i całkiem prostych słowach. Jak było tym razem?
Félix i
niewidzialne źródło to książka z cyklu o Niewidzialnym, gdzie autor w każdym
kolejnym utworze bierze na warsztat różne formy wierzeń, duchowości. W Oskarze
i Pani Róży było to chrześcijaństwo, w Dziecku Noego judaizm,
natomiast tutaj mamy do czynienia z animizmem – poglądem, gdzie wierzy się, że
wszystko co nas otacza – rośliny, zwierzęta, przedmioty - posiadają duszę.
Félix mieszka w
Paryżu i razem z ukochaną mamą prowadzi kawiarnię, w której spotykają się ludzie o charakterach niczym z gabinetu osobliwości. Chłopak nie zastanawia się nad
swoim życiem i pochodzeniem dopóki nie zauważa, że blask w oczach jego matki
gaśnie, a ta popada w coraz głębszą depresję. Jedynym ratunkiem wydaje się
podróż do Afryki, odkrycie wstrząsającej prawdy i powrót do jej korzeni.
Potwierdzasz moją diagnozę. Fatu odcięła się od własnych korzeni. Dryfuje. Pragnęła przekreślić swoją historię, swoje pochodzenie. Tymczasem gdy nie ma się już przeszłości, nie ma się również teraźniejszości, a tym bardziej przyszłości.
Z powieściami
tego autora mam tak, że gdy już jakaś pojawi się na mojej półce czym prędzej
muszę przygotować sobie plik karteczek indeksujących, usiąść we fotelu i
zanurzyć się w lekturze. Nie inaczej było i tym razem. Dość szybko po
otrzymaniu książki zaczęłam ją czytać i po raz kolejny zostałam wciągnięta w historię,
która zmusiła mnie do myślenia, wyciągania wniosków, refleksji i zadumy. Félix i
niewidzialne źródło to przede wszystkim historia o korzeniach, o naszej
tożsamości, o tym, że ciężko cokolwiek zbudować jeśli nie posiada się trwałych
fundamentów w postaci naszych przodków i ich historii, która nas definiuje.
To też opowieść
o relacji panującej pomiędzy matką, a synem. Fatu żyła w otoczeniu sporej
ilości osób, była podziwiana, szanowana i powszechnie poważana. Jednak to jej
syn miał możliwość poznać ją najlepiej i to on jako jedyny wiedział jak jej
pomóc. Ta książka pokazuje jak niezwykła, trwała i magiczna jest to relacja. Myślę, że postać Félix to niezwykle ciekawy bohater, autor w niezwykły sposób
przedstawia nam świat widziany jego oczyma. Razem z nim poznajemy Paryż – jego ukochane
miasto i mnóstwo intrygujących osób, które każdego dnia odwiedzają kawiarnię
Fatu. Chłopiec ma dopiero 12 lat, nie wszystko jeszcze rozumie, ale
odbiera życie bardzo dojrzale i mądrze jak na swój wiek, spodobała mi się ta
postać. Mimo tego, mam wrażenie, że przeczytałam ją z większym dystansem niż Oskar
i Pani Róża czy Dziecko Noego. Zdaję sobie sprawę, że tamte historie
poruszały inne, bardziej emocjonalne tematy i pamiętam, że czytałam je
praktycznie mało widząc przez łzy. Tym razem było inaczej, opowieść okazała się
troszkę inna, ale i tak uważam, że to po prostu kolejna udana lektura w tym
roku.
Powieść jest dla
mnie wartościowa jeśli znajdzie się w niej choć jedno zdanie, cytat, nad którym
będę musiała się pochylić i zastanowić. Takie, które czymś przykuje moją uwagę.
W prozie Erica-Emmanuela Schmitta odnajduję mnóstwo takich fragmentów i po raz
kolejny jestem usatysfakcjonowana jego książką. Tym razem może nie wywołał
targających mną emocji, ale nadrobił to ciekawymi postaciami, które umieścił w
tej historii.
Ocena: 4+/6
Tytuł: 535. Félix i
niewidzialne źródło
Autor:
Eric-Emmanuel Schmitt
Stron: 176
Wydawnictwo:
Znak
Rok wydania:
2019
Za egzemplarz
dziękuję wydawnictwu Znak