18 lip 2015

Proza, w której można się rozsmakować

Tytuł: 297. Lucynka, Macoszka i ja
Autor: Martin Reiner
Stron: 232
Wydawnictwo: Stara Szkoła
Rok wydania: 2015
Moje zdanie: Literatura czeska była dla mnie od zawsze wielką zagadką. Słyszałam o ich specyficznym humorze. Język też jest uważany za niezwykle śmieszny. 

Martin Reiner to najbardziej utytułowany czeski pisarz. Czy jego książka mi się spodobała? 

Lata 1989-1990. W całej Europie toczą się ważne przemiany, komunizm powoli ustępuje. W Czechosłowacji także. Tomasz- brneński listonosz w wyniku wielu wypadków zostaje opiekunem małej Lucynki. Jednocześnie przeżywa głęboką fascynację zapomnianym poetą- Macoszką. 

Gdy zaczynałam czytać zastanawiałam się o czym ta książka będzie traktować. Opis wiele nie mówi, tytuł jeszcze mniej, a wszędzie zbiera pozytywne recenzje. Jest to niezwykle mądra i dojrzała proza. Odnalazłam w niej tajemniczy i dziwny klimat. Dużo tu absurdu, tajemniczości, rozdziały zostały troszkę pomieszane. Wiele tu retrospekcji, narrator zmienia czas swojej opowieści. To chyba ten czeski klimat. 

Pod tym wszystkim można jednak odkryć piękną i nostalgiczną opowieść o przywiązaniu i miłości, zagubieniu i akceptacji. Bije z niej jakaś samotność i smutek. Zdumiał mnie fakt, że Martin Reiner- mężczyzna pisze z tak wielką dozą subtelności i wrażliwości. Nie jest łatwa, ponieważ nic nie zostało w niej podane na tacy. W tę literaturę trzeba się po prostu wgryźć, wczytać i rozsmakować. Zastanowić i zmusić do wielu refleksji. 

Uważam, że absolutnie każdy powinien chociaż spróbować się z nią zmierzyć. To książka wyższych lotów, coś bardziej wymagającego. Może spodoba wam się tak jak mi?
Ocena:5/6
Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Stara Szkoła

Tradycyjnie zapraszam Was do klikania w baner w prawym górnym rogu, może coś was zaciekawi?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz :)

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka